Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Ściemno się robi.

środa, 18 marca 2009 20:24
To juz przechodzi ludzkie pojęcie i granice dobrego smaku. Choc muszę przyznać nadal smakuje nienajgorzej...
Muszę na wstępie wyregulować pewne kwestie które rzucą światło na ciemne zakamarki przyszłości.
Otóż, jak się spodziewałem, nie wylądowałem na Terminalu 5, tylko na 1-2-3 tak zwanym CTA (Central Terminals Cośtam). Dodatkowo przydzielono mnie do takiej drużyny, której zadaniem jest wspieranie poszczególnych załóg z terminali. I chyba trafiłem nienajgorzej.

Po potknięciu z treningiem o którym zapomnieli, myślałem, że wszystko wróci do normy. A tymczasem w poniedziałek była powtórka z rozrywki. Manager Andy (zwany dalej z racji nazwiska Bilonem) nie miał czasu. Sympatyczny z niego chłop, były marines to co miałem mu podskoczyć ? W poniedziałek po prostu posiedziałem sobie z Hindusami na terminalu trzecim.
W połowie dnia przyszedł team leader, Polak (sympatyczny z resztą i wyluzowany) i jak juz myślałem, że w końcu ktoś mnie poinstruuje co mam robić, on zaczął od nauki ściemniania.
typu:
- nie pracuj szybciej niż ONI (Indianie)
albo:
- jak wychodzisz wcześniej niż zapisałeś w grafiku, nie odbijaj biletu parkingowego bo sprawdzają
Poczym dodał,
- na razie nie ściemniaj za bardzo dopóki sam się pewnie nie poczujesz
No ładny trening...
Posciemniałem trochę, pojeździłem trochę. Z klientami nie chciało mi się rozmawiać i prawie punktualnie pojechałem do domu.
Wczoraj zacząłem "pracę" na Terminalu 5. W ciągu godziny odprowadziłem jeden samochód a przez resztę czasu zwiedzałem terminal. około 11 zadzwonił do mnie Bilon i zaprosił mnie na trening. Zjechałem windą 5 pięter w dół i znalazłem się (niemalże) w pokoju konferencyjnym.
Co tu dużo mówić. Trening był nudny jak flaki z olejem ale jakoś przetrwałem. Do Bilona co chwilę dzwoniła żona więc przerwy były dość często. A potem...
Bilon zawiózł mnie na Terminal  1, na którym to przez reszte dnia ściemniałem.
Wieczorem żądny wrażeń pojechałem do starej pracy gdzie trafił mi się kurs do klienta i 3 godziny ekstra wpadły. Zawsze jakaś to odskocznia od ściemniania.
Dzisiaj przyszedłem na 6:00 i przez godzinę nikt się mną nie interesował. Łaziłem sobie po terminalach, dyskretnie obserwując podróżnych. W końcu i to mi się znudziło więc odszukałem mojego team leadera (Allen, Allan - czy jakoś tak) i przypomniałem mu o swoim istnieniu. Wysłał mnie na terminal 3, zebym trochę pościemniał. Ściemniałem ile sił w ściemniaczach. Juz miałem dość kiedy trafił się kurs na Terminal 5. Wziałem Saaba, na T5 pościemniałem trochę i wróciłem Aston Martinem DB9. Co ciekawe Aston Martin nie miał gałki zmiany biegów tylko przyciski obok radia, poza tym małe toto i trzęsie... ;)
Jutro mam wolne.
W piątek ściemniam przez 12 godzin...

A DB9 wygląda tak:


komentarze (12) | dodaj komentarz

Tytuł zastępczy.

niedziela, 15 marca 2009 16:53
Osz kurna misja spełniona - pralka kupiona !
Ale co mnie zdrowia ona kosztowała ! Zwiedziłem pół Gdańska i wróciłem z niczym bo bankomat nie chciał mi wypłacić tysiąca złotych. Jakby to faktycznie były jakieś złote...
Wróciłem z niczym ale juz przy domu bankomat spokorniał i wypłacił mi ostrożnie najpierw pięćset a później drugie pięćset.
To zadzwoniłem znowu do pana Sławka niejakiego, starego mojego znajomego za handlowych czasów, który zjechał mi ze sprzętu stówę. Miło z jego strony ! Tak i zakup dokonany. Jutro czekam na dostawę.

Ale wczoraj
Wczoraj to była jazda. Tramwajem...
Wsiadam ja, jadę ja, podjeżdżam pod operę (popularny przystanek w GD) a tam jak w hamerykańskich filmach do tramwaju ładuje mi się pół stadionu Lechii. A bo właśnie był mecz się zakończył...
Śpiewy, hulanki, swawole a obok szyby radiowóz z kogutem w trybie "on".
No nie powiem, trochę się spietrałem o swoją nienajstarszą jeszcze facjatę ale chyba Lechia wygrała więc nie było tak źle.
Dowiedziałem się również (pomimo iPoda na uszach), że najlepszym przyjacielem Lechijki Wisełka jest i Wrocławski WKS, a także, że zieleń trawy i biel to kolory cośtam są i że życie za nie oddadzą...no okej oddawajcie se ale może jak wysiąde...
I jak już miałem wysiadać przy dworcu to ta cała reszta kiboli też postanowiła tam wysiąść. I ponieśli mnie w tłumie na peron a potem do tunelu. Przy empiku się oswobodziłem i z tej radości nakupowałem książek za stówę :)

***

I to tyle atrakcji z Polski,bo byłem krótko i większość czasu spędziłem na załatwianiu spraw różnistych i niekoniecznie przyjemnych. Dodatkowo brak internetu i zablokowanie mojej starej komórki nie sprzyjało organizacji spotkań. Jeśli ktoś ma o to do mnie żal to sorry i przyrzekam, że się poprawie.
A TY Panno Obrażalska (jeszcze przed notką się zdążyła obrazić) się tak od razu nie obrażaj bo ostatnio jak chciałem się spotkać to szliście na kręgle i mieliście mnie w de. :P

I cóż można jeszcze dodać...na pralkę w sumie czekałem 3 dni bo przywieźli uszkodzoną i następny dzień czekałem na następną.

W Pruszczu o mało nie zapłaciłem mandatu za palenie na przystanku. Okazało się jednak, że strażnik miejski był z sąsiedniej dzielnicy (z którą moja dzielnica jest w stanie odwiecznej wojny) i pouczył mnie tylko. W tym momencie uwierzyłem, że w Polsce coś zmienia się na lepsze.

Po przylocie do UK zastałem podobną pogodę jak w Polsce co pogłębiło tylko moją chwilową depresję i obdarzyło mnie katarem.
Na następny dzień powlokłem się do nowej pracy i dowiedziałem się, że zapomniano o treningu który mi mieli zorganizować :)
Cała Anglia normalnie. Jeden manager poszedł na urlop a drugi wziął wolne. Na szczęście zanim zacząłem szukać tego drugiego, Dipak zorganizował mi trening na poniedziałek.
Mając wolny weekend poszedłem do starej firmy i wymusiłem na Czesławie, żeby dał mi coś do roboty.

A wczoraj wieczorem jak i również dziś w nocy zwiedzaliśmy Londyn. Wypożyczyliśmy na jeden dzień forda focusa i w ciągu 12 godzin zrobiliśmy nim jakieś 300 kilometrów. Nie wyjeżdżając za miasto nawet.
Plusy: Minęła depresja (i katar), zrobiłem kilka nieudanych fotek, spotkałem kobietę-kota
Minusy: Zrobiłem kilka nie udanych fotek i wplątałem się w kolejną dziwną dyskusję z kobietą-wężem

A tak było:

 

komentarze (12) | dodaj komentarz

Parszywa Dwusetka

środa, 04 marca 2009 21:10
Pamiętacie jak pisałem, że ktośtam dał mi cynk, że gdzieśtam jest praca i ktoinnyśtam właśnie jest gdzieśindziejtam i jak chce to moge podjechać i z nim pogadać. Pewnie nie pamiętacie bo ja sam nie jestem pewien czy o tym pisałem.
W każdym razie pojechałem tam i pogadałem z gościem (był to manager z tamtej firmy), dał mi namiary i miałem wysłać CV.

Tak zrobiłem.
Otrzymałem maila zwrotnego, że pamięta naszą rozmowę i że wprowadził CV do systemu ale rekrutacja trochę potrwa bo w krótkim czasie oprócz mnie aplikacje złożyło innych 200 (słownie DWUSTU !) ochotników.
"A to ja dziękuję i do widzenia" - se pomyślałem tak. ...tak na prawde pomyślałem sobie "o fakin hell" ! Tylko już teraz nie pamiętam czy po polsku czy w lengłydżu.
A tutaj proszę, kilka dni temu, słoneczną niedzielą, odzywa mi się w kieszeni Dżimi Hendrix.
-Can I speak to BARTOS please (nie naucza sie tego "SZ" nigdy)
- Speaking...
I ciapatym głosem koleś zaprosił mnie na rozmowę. Nie Dżimi tylko ten co zadzwonił.

No i poszedłem wczoraj porozmawiać
A oprócz mnie 15 innych osób (zawsze to lepiej niż 200)
Przed rozmową, główny manager (Peter albo Paul - nie pamiętam) zapytał czy ktoś dołączy do niego bo mamy jeszcze chwilę a on idzie na fajkę. Nie mogłem tego nie wykorzystać, bo jak to głosi pewien plakat: "Nigdy nie będziesz miał drugiej szansy zrobienia pierwszego wrażenia" Polazłem z nim i chwilkę miło pogadaliśmy.
Po powrocie moje miejsce było zajęte bo doszło następne 5 osób (nadal to lepiej niż 200).
Dostaliśmy pierwszą część testu pod tytułem: "Napisz list do managera jaki to jesteś zajebisty i dlaczego mamy olać pozostałych dziewiętnastu". To napisałem co myślę no nie ;)
Druga część składała się z 10 stron A4 na których jakiś złośliwiec ciasno poupychał zadania na dokładność, spostrzegawczość i inne snajperskie cechy.
Na końcu rozmowa indywidualna. O to obawiałem się najmniej. Pierwsze lody z Peterem-Paulem przełamane, Drugiego managera - Andy'ego spotkałem wcześniej na korytarzu i wymieniliśmy kilka sympatycznych zwrotów grzecznościowych więc rozmowa będzie przedłużeniem tego co juz zaczęliśmy.
A tym czasem...wchodzę do pokoju...a tam siedzi DIPAK !! Normalny żywy Dipak siedzi i mówi:
- Cześć jestem Deepak.
- ee... BARTOS...SZ
Wtedy nie wiedziałem, że to był Deepak ale teraz już wiem jak Deepaki wyglądają
A on dalej
- jestem supervisiorem, jesteśmy tu, żeby porozmawiać i właśnie dlatego chciałbym się czegoś dowiedzieć o tobie
- pochodzę z blablabla, w Angli jestem od blablabla, wczesniej pracowałem w blablabla...
- Pracowałeś w blablabla ?!?!? A co tam u Grahama i Shirley ?!
- Shirley już nie pracuje niestety
- A tak tak, A Mario ??
- O to mój ulubiony manager...
I tak jeszcze kilka pytań na podobny temat. Nie to żeby niemiło się rozmawiało ale do cholery miało byc o mnie ! ;)
Podaliśmy sobie łapy na koniec (szybko policzyłem palce - miał pięć - ok)
A dzisiaj rano...
Dzwoni Peter-Paul i mówi:
- BARTOS ?
- speaking...
- CONGRATULATIONS MATE, YOU'VE GOT THE JOB !

FANFARY
KURTYNA

Już za kurtyną:
Peter-Paul:
- przyjdź w piątek na trening wstępny
- Nie mogę wyjeżdżam.
- cooo ??
- ale wracam za tydzień w czwartek !
- hmm ok, hmm... stale masz tą pracę...umówmy się więc na czwartek
- wracam w czwartek wiec mogę przyjść dopiero w piątek
- no ok ok niech będzie piątek ale w weekend pracujesz !
- deal
uff


Żeby nie było że jestem taki wspaniały i w ogóle i wszystkich na łopatki lewą ręką tego tam, to dodam uczciwie, że oprócz mnie przyjęli jeszcze kilka osób z tej dwudziestki.

komentarze (26) | dodaj komentarz

Wembley, wczesnym popołudniem...

piątek, 27 lutego 2009 21:24


 

Sorry za jakość ale jak zwykle komórką robione, bo w pracy. Chyba musze sobie kupić jakąś małpkę do noszenia na codzień.
Sytuacja mnie rozbawiła z lekka więc pstrykłem byłem.
Zastanawiam się jak nazwać tą fotkę ?: "Będziemy grać w szachy", "Ying-Yang" czy może "Who let the dogs out ?"
Jakieś propozycje ?

komentarze (6) | dodaj komentarz

Love will tear us apart

wtorek, 24 lutego 2009 20:38
W sumie nie wiem od czego zacząć, żeby to miało ręce i nogi.
Chyba zacznę od wczoraj.
Hmm fajnie by tak było znowu zacząć od wczoraj :)
Niestety dzisiaj jest dzisiaj i jedynie mogę powspominać.
Dobra rozpędzam się niepotrzebnie a to co napisałem w połączeniu z tytułem może sprawić, że pomyślicie sobie, że wydarzyło się coś innego niż w rzeczywistości się wydarzyło :))
Uwaga: KLUCZOWY jest klip, bo tu chodzi o tego pana co śpiewa:



Otóż wczoraj...
Zadzwonił klient (nie, to nie ten z klipu) bo mu się van cudownie zepsuł. Cudownie z kilku względów.
Cudownie bo tylko winda z tyłu siadła i cudownie nie wpływa to na właściwości jezdne.
Oraz.
Cudownie, że w Manchesterze.
Czyli ktoś musi jechać wymienić. Tu już cud nie zachodzi bo to ani nie woda ani wino ani też wesele. O vanach też tam nikt nie wspominał...
Teoretycznie wychodziła moja kolej na jazdę do Manchesteru ale z teorią to różnie bywa. Tak czy inaczej, wziąłem taką ewentualność pod uwagę, spisałem niezbędne dane na karteluszkę (w niektórych kręgach: na karteluszek) i tak przygotowany pojechałem do pracy.

Aha ! W nocy przyśniło mi się, że nie nastawiłem budzika, jest siedem po siódmej i zaspałem do pracy. Obudziłem się, spojrzałem na zegarek (było coś po piątej) i przypomniałem sobie, ze faktycznie nie nastawiłem budzika. Naprawiłem błąd i w lekkim szoku zasnąłem.

A już w pracy, bez zbędnych awantur, hajda na vana i vio. Tym razem  teoria się potwierdziła.
4 godziny później, siedziałem już w tym cudownie zepsutym z dwoma godzinami zapasu. Czyli tak jak mniej więcej zaplanowałem.
No może malutkim poślizgiem bo mojemu sympatycznemu klientowi zebrało się na pogawędki i musiałem odpowiedzieć na szereg różnych kurtuazyjnych pytań. A skąd, a skąd w ogóle, a z jak daleka jechałem, a jak długo jechałem i...jakiej drużynie kibicuje. Za to ostatnie w Polce niechybnie dostałbym w baniak niezależnie od odpowiedzi ;)
Później szybko pyk, pyk, pyk na tomtomie, kierunek Macclesfield - jakieś 30 km od Manchesteru i nawet w odpowiednim kierunku. A nawet jeśli nie byłoby w odpowiednim to 30 km, przy 330 które dzieliły mnie od Londynu, nie robiło wielkiej różnicy.
Dojechałem więc do Macclesfield. Zaparkowałem vana i poszedłem na cmentarz.
I pewnie bym tak spacerował po tym cudownym cmentarzu do teraz gdyby nie jeden cudowny kolo, co to cudownie zbierał liście.
Po tradycyjnej wymianie uprzejmości, co u ciebie, czy wszystko w porzo, jak czuje sie twoj pies itp zapytalem delikatnie czy sie orientuje w terenie.
A on: Szukasz grobu Iana Curtisa ?
I tak, właściwie cudem z lekka, dotarłem do celu:


Zdziwiła mnie postać nagrobka ale jak widać co kraj to obyczaj. U nas urny wmurowywuje się na przykład w ściany a tu w krawężniki. I właściwie to całkiem niezły pomysł. Trochę też byłem zaskoczony, że taka osoba ma tak skromny nagrobek. Żadnego pomnika, ozdobnej tablicy, nic. Trochę kwiatów i paczka fajek położona przez jakiegoś fana.
Wyjąłem swoje, zapaliliśmy w milczeniu po czym wróciłem do auta. I właśnie dla tej fajki z Ianem warto było zrobić 700 kilometrów.


 

komentarze (7) | dodaj komentarz

piątek, 19 marca 2010

Licznik odwiedzin: 114168

I znowu mamy:

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Przybij piątkę






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Koń jaki jest każdy widzi...

Mam 35 lat - to całkiem nieżle jak na mój wiek
Mam kilka nałogów i cały czas szukam następnych ;)
Nie handluję komentarzami a już wogóle komciami (chyba, że za fajki)
Ale reklama, nie ma co...

Książka skarg i zażaleń

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 12.08.2009 19:19:26
  • autor: hakunashirts
  • treść: cudne widoki na zdję...
Bardal

Utwórz swoją wizytówkę Locations of visitors to this page

Główny Urząd Statystyczny informuje:

Odwiedziny: 114168
Wpisy
  • liczba: 258
  • komentarze: 2270
Księga gości: 91
Bloog istnieje od: 1471 dni