Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 348 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Don't cha ?

niedziela, 24 sierpnia 2008 15:11
No niestety West London przegrał jedną bramką z East London. Podobno teraz mają nam odebrać lotnisko.
I to w zasadzie jedyny "przykry" moment wczorajszego firmowego BBQ.
Dalej już było miło. Był pieczony prosiak i jagnię, tradycyjne hamburgery i cumberland sausages oraz mnóstwo słodkości w postaci eklerków i tiramisu, zrobionego na tą okazję przez niejakiego Filippo. Dla ducha również nie zabrakło. Piwa, cidery, wina i drinki do bólu ;)
Towarzystwo było mieszane. Od Łotyszy przez Czechów, Polaków, Niemców, Włochów, Hiszpanów aż po USA, RPA i Australię. Angoli jak na lekarstwo. Dzikich również śladowe ilości.
Przy wejściu dostałem kartę (taką do gry w karty). Była to piątka serce z wizerunkiem Storm Troopera z Gwiezdnych Wojen. Jako że to moja ulubiona formacja z tego filmu poczytałem to za dobry znak. Karta ta miała później wziąć udział w losowaniu nagród. Jak już wiecie z jednej z poprzednich notek, w kartach mam generalnie szczęście więc musiało to zaoowocować wygraniem nagrody. Musiało i zaowocowało ;) Wygrałem iPoda.
Po losowaniu - a jakżeby inaczej - karaoke. Sam się nie odważyłem zaśpiewać ale zrobiłem chórki w "In the getto" Presleya.
Jakieś takie inne to karaoke było. Zabawne i naturalne. Nikt nie robił z tego bitwy o złote kalesony a pod koniec ryczeli już wszyscy. Furorę zrobiły siostry T. (made in South Africa) śpiewając Pussycat Dolls - Don't cha. Aż polubiłem ten kawałek ;)
Karaoke było długim ale ostatnim punktem imprezy. Wychodząc należało się obcałować z jedną połową a z drugą połową zrobić niedźwiadka. Taki pogański zwyczaj ;) Trochę jak na weselu. I podobnie jak na weselu większość z tych ludzi widziałem po raz pierwszy.
Podsumowując: Najadłem się i napiłem (nie upiłem tylko napiłem). Narobiłem fotek. Poznałem parę fajnych osób. Wygrałem nagrodę a Fafarafa odwiózł mnie do domu. Bilans zdecydowanie dodatni.
Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Batman

sobota, 16 sierpnia 2008 16:12
Muszę to jakoś poustawiać chronologicznie bo nie wiem od czego zacząć.
W zasadzie i tak wszystko dotyczy pracy.

Opowiadałem o mało rozgarniętym koledze z którym przyszło mi jeździć.
Piotrek (imię oczywiście zmienione (albo i nie)) pewnego dnia nie przyszedł do pracy. Zadzwoniłem do niego a on smutnym głosem obwieścił, że jedzie do Polski bo "coś się stało". Myślę sobie pewnie jakaś mało wesoła sprawa więc nie drążyłem. "Wracam za dwa tygodnie" dodał i tyle było gadki. To było tydzień temu.
Przedwczoraj Fafarafa z Czekerem (naprawde ma na imię Krzysiek ale pseudo (pracuje jako damage checker w wypożyczalni samochodów) zostało nadane dla dobra sprawy) wpadli do mnie i uparli się żeby gdzieś mnie wyciągnąć. Wcześnie dość było a mi się nie chciało siedzieć w domu więc pojechałem z nimi. Pojechaliśmy do domu kolegów z kraju który organizuje razem z nami Euro 2012. Wchodzimy i patrzę a na fotelu rozwalony siedzi PIOTREK.
- A ty co ? Nie w Polsce
- Nie pojechałem
- Aha, znaczy masz nową robotę
- ..... no
i tak od słowa do słowa dowiedziałem się, że kolega wcale nie jest Polakiem tylko Ukraińcem i nie ma na imię Piotrek tylko Kola - wot takaja igruszka.
A że akcent...ściemniał, że się tam urodził i mieszkał jako dziecko. No łyknąłem no. Każdy łyka.
A potem jak to w ukraińskim domu. Gospodarz postawił wódkę na stół ale że na rano do pracy to szybko uciekliśmy.
Dodam, że urban legend o ruskich co to zamiast zakąszania wąchają chleb razowy sprawdziła się w 100%. Chleb był co prawda pszenny biały ale to na prawdę działa ! Wowa (takie imię ;) dodał, że jeszcze lepiej niż chleb działają kobiece włosy. Wot romantik ;)

Zamiast Piotrka-Koli przysłali Łotysza Marisa. Kosmiczny koleś. Trochę infantylny ale przy tym oczytany i inteligentny. Polubiłem go i dobrze nam się pracowało. Niestety Fafarafa wrócił z urlopu i teraz, pracująć już z nim, wyjaśniam mu co znaczy "asceza" albo "garmaż" No naprawdę muszę przy nim uważać jakich słów używam.
Czasem mam wrażenie że on zna tylko "mercedes", "złoto", "deptać". To ostatnie oznacza sex :D. Gorzej niz dzicy.

Powoli dochodzimy do wczoraj.
Wczoraj (więc) jadąc obwodnicą Londynu (M25) utknęliśmy w potężnym korku. Po jakimś czasie na lewych pasach zauważyliśmy kilka samochodów policji oraz samą policję siedzącą na barierkach. Pierwsza myśl - jakiś wypadek. Ale nie, korek powstał ponieważ na konstrukcji (takiej co to montuje się na niej znaki drogowe i tablice) nad autostradą siedział...BATMAN. Normalnie dorosły facet w czarnym wdzianku z pelerynką i czapką z uszkami. Siedział w kucki tam w górze jakby zamartwiał się nad tym światem.
Pomyślałem sobie najpierw: niezły wariat. Jak go zdejmą to pewnie wsadzą na długie lata.
Później wyczytałem na BBC, że był to protest organizacji Fathers 4 Justice. Nie trudno się domyślić co to za organizacja. Trochę inaczej podszedłem do tematu i zrobiło mi się go żal jak sobie uzmysłowiłem, że to nie szaleństwo ale desperacja.
(desperacja - to słowo musiałbym tłumaczyć Fafarafie)

Krótki filmik z BBC: http://news.bbc.co.uk/1/hi/uk/7563235.stm

A dzisiaj sobota, wpłynęła kasiora, może jakieś balety, albo znowu 3 5 8...może jednak raczej balety...
Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

3 5 8

niedziela, 10 sierpnia 2008 21:19
 "3 5 8 - stosunkowo prosta gra, o wciągających zasadach, doskonała gdy spotka  się trzech fascynatów gier karcianych. Rozgrywki w 3 5 8 potrafią wymazać z życiorysu kilka ładnych godzin."

kilka godzin ??
Mi wymazały z życiorysu DWA LATA !
W połowie lat 90-tych każdą wolną chwilę poświęcaliśmy na grę w 3 5 8.
Z nałogu wyrwał mnie mój własny pies (niezapomniany Baster). Pewnego dnia kiedy bawiłem się z nim w: "złapie cie za łapę a ty spróbuj mnie ugryźć" pomyślałem sobie nagle: NIE CAPNIE MNIE BO NIE MA DAMY PIK !
Tego było juz za wiele. Poszedłem do łazienki, spojrzałem w lustro i byłem 2 lata starszy.

A wczoraj zagrałem po raz pierwszy od lat. I wciągnęło mnie :) Żal mi tylko biednego Krzysia, który grając z nami (Grzesiem i mną) nie wie w co się pakuje. I wiecie co jest najciekawsze ? Gra się o nic. O żadne pieniądze ani inne wartościowe rzeczy a nawet zapałki. Gra się na punkty i tyle.
Sama gra nie jest taka prosta jak widnieje w opisie na poczatku. Zasady są rozbudowane i trzeba nieźle się nakombinować i naliczyć, żeby grać efektywnie. Do wygranej potrzeba jeszcze odrobiny szczęścia. Wczoraj akurat w myśl przysłowia "kto nie ma szczęścia w kartach ten ma szczęście w miłości" niestety wygrałem.

a potem to już jak w tym klipie Chemical Brothers:



" Sunday morning I'm waking up
Can't even focus on a coffee cup
Don't even know who's bed I'm in
Where do I start
Where do I begin"

No to ja też nie byłem pewien jak ta młoda dama na teledysku :)
Wieczorem zapragnąłem zrobić sobie mały trip z fotkami po okolicach Windsoru ale tak lało, że objechaliśmy z Grzesiem jedynie całą tą okolice i wróciliśmy do dom. Żadnych fotek.
Tyle wspaniałego weekendu.

Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Highway

wtorek, 05 sierpnia 2008 21:42
Tudzież, jak tutaj mówią, "Motorway"
Ale ja nie o tym (tak się chciałem popisać tylko ;)

Zdarza mi się pracować z mało rozgarniętym jednym takim kolegą. Codziennie mi się zdarza właściwie...
Dzisiejszy dialog:
Wracamy z trasy. Dojeżdżamy do obwodnicy Londynu na którą mamy wjechać aby po kilku kilometrach dalej, zjechać już do samego Londynu.
Powoli zjeżdżam na lewy pas żeby zjechać na londyńską obwodnicę

Kolega: a może pojedziemy prosto ?
Ja: nie, bo wtedy będziemy się wlec przez miasto
K: jakie ?
J: ??? buaaahahaha
K: z czego się śmiejesz ?
J: no bo się pytasz przez jakie miasto to co ci mam odpowiedziec ?!?!?
K: hahahaha (nieśmiale)
J:  Przez k...a PARYŻ !!
K: jakie ??

Kolo jest 3 lata w anglii i nie ma ani konta bankowego (niezbędnego do wielu rzeczy) ani chyba dokumentów ! I CHCE TU ZOSTAĆ !!
Tacy ludzie mnie zadziwiają, na prawdę.
Nie daję mu prowadzić bo się normalnie boję o siebie. Jadąc przed nim słysze co rusz jakieś trąbienia. Dzisiaj na przykład autobus skosił mu lusterko (dobrze, że nie to wsteczne).

I jeszcze na tą notkę miałem zaplanowane opowiedzieć jak to jeżdżę ostatnio po akademiach, sztabach i jedostkach wojskowych więc niniejszym opowiadam.
Zdarzyło się było w wieku dwunastym za panowania....
Nie, nie to nie to. Wrrrróć !
Byłem ostanio w akademii wojskowej (o tak, to to). Jeśli ktoś oglądał amerykański film z rodzaju szkoła kadetów lub coś w tym rodzaju to może sobie wyobrazić w jakim miejscu się znalazłem. Ale żeby tam wleźć musiałem przejść niemal kontrolę osobistą. Może bez takich ale zrobili mi zdjęcie i wyrobili żółty dowód osobisty. Taki jednorazowy. Wartownicy z karabinami, palec na spuście, normalnie strach się bać. Dałem dokumenty (mój kolega oczywiście nie miał) wlazłem i wylazłem. Zrobione. Cały czas miałem wrażenie, że ktoś mnie trzyma na muszce.
A jakieś dwa dni temu...
Przyszło nam odwiedzić jednostkę Gurkhów, jakiś tam 159 Regiment. Krótko mówiąc są to Nepalczycy w służbie Jej Królewskiej Mość Pani Eli. Oddziały Gurkhów powstały w czasach kolonialnych i wsławiły się walecznością i męstwem.
I teraz sobie wyobraźcie sobie co musiałem czuć jak podjeżdżałem do bramy WALECZNEGO Regimentu Gurkhów mając w pamięci bestialskie procedury ZWYKŁYCH angoli. Myślę sobię, że zaraz paru wyskoczy na nas z granatami a w najlepszym razie lwami poszczują.
A tu...
Mali skośnoocy chłopcy witają nas niemal z kwiatami. Roześmiani przy tym od ucha do ucha !
- Ale mogę wjechać za szlaban ??
- Noo taaak :)
- A nie potrzebuję przepustki ?
- A no tak... To za bramą ci wypiszą ! :)
- To mogę wjechać ?
- No tak ! :)
- A nie będziecie strzelać ??
- ??? :)
No wjechałem za tą bramę, poszedłem do dyżurki i po wytłumaczeniu sytuacji (przywieźliśmy samochód dla blablabla...) mówię że chciałbym przepustkę
- jaką przepustkę
- no żeby wjechać do środka (??)
- ale już jesteś w środku
- no ale samochód mam dalej zaprowadzić
- ale to tutaj zaraz za rogiem. Nie potrzebujesz przepustki
I cały czas mi sie śmieją i mrugają tymi skośnymi oczkami :)
I na dodatek baaardzo słabo z tym angielskim u nich.
Ki czort...?
No ok pojechaliśmy dalej i ani żywej duszy. Jednostkę całą mozna zwiedzić w ten sposób.
Patrzę, drzwi do sztabu (wielka tablica HEADQUARTERS pozwoliła mi się domyślić, że to sztab) otwarte. Wchodzę do środka - żywej duszy !! Na końcu dużeeeeeego pomieszczenia z biurkami widzę przemieszczający się odkurzacz. No to idę. Mijam biurka, na biurkach stosy papierów, na krzesłach powieszone panterki (kurtki takie wojskowe). Lubie panterki więc pierwsza myśl, żeby sobie poprzymierzać ;) NIKT by się nie zorientował !! Nawet gdybym sobie wyszedł w jednej to ci na bramie najwyżej by zasalutowali.
No dobra ale ide do tego odkurzacza. Dochodzę do drzwi. Szum się nasila. Zaglądam do pomieszczenia...
- Excuse me.
khmmm
- EXCUSE ME !
- AAAAAAAAAA !!!!!!!
No jak w filmie normalnie :)
Grzecznie przeprosiłem za wystraszenie i dalej poszło juz gładko. W miarę gładko bo nikt nic nie wiedział o żadnym busie, który mieliśmy u nich zostawić. Byłem uparty i się udało. Zostawiłem busa, kluczyki i nawet mi podpisali odbiór.
Kiedy wyjeżdżaliśmy miłe chłopaki na wartowni przyjaźnie pomachali nam rękoma. Nawet nie sprawdzili co mamy z tyłu w samochodzie. A mogliśmy mieć na przykład zakneblowanego (ale stale uśmiechniętego) gurkhijskiego generała.
Fajne były te panterki...żebym wiedział, że na prawdę nie sprawdzają ;)
Żadnych lwów, żadnych słoni...? Psa nawet nie widziałem...
Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Just...because you feel goooooooo-o-od

niedziela, 03 sierpnia 2008 14:55
Głowa mnie boli i jestem jakiś otępiały. Sam tego chciałem jednak i do nikogo nie mogę mieć pretensji.
Tak się kończą sobotnio-niedzielne wyjścia do pubu. Niby na jedno, góra dwa potem ktoś jeszcze dochodzi kogoś się poznaje i tak z jednego piwa robi się z osiem plus trzy czy cztery tequile.
Po wejściu do pubu spotykamy znajomych. Koleżanka z pracy z chłopakiem Perrym i kolegą Antonem niejakim. Dzięki cudowi telefonii komórkowej dowiadujemy się, że nieco dalej w następnym pubie siedzi inna koleżanka z kilkoma Węgrami. Po chwili (dwóch piwach) decydujemy się przenieść do Węgrów bo tam mają muzykę na żywo. Po następnym piwie bierze nas ochota na Wściekłego Psa ale po bardzo dokładnym tłumaczeniu barmanowi jak to się robi, kiedy już dochodzimy do niemal sakramentalnego "...i kilka kropel tabasco" okazuje się, że w barze nie ma tabasco. No to biegamy jak te wściekłe psy po okolicznych sklepach w poszukiwaniu kilku kropel tabasco. Akcja kończy się w pubie zdaniem "trzy tequile poproszę" pijemy zagryzamy limonkami bo cytryn nie mieli i bierzemy następne piwo. Na zewnątrz zaczepia nas uchachany od ucha do ucha koleś i na początku wyławiam tylko "foken this, foken thash" ale po przełączeniu odbioru na irlandzki akcent jest znacznie lepiej. Chwilę gadamy a później schodzimy do podziemia. W podziemiu wielka pusta sala z barem i samotny DJ kołysze się w rytm puszczanych hitów '99. Słyszymy między innymi rzewny kawałek "tara tara tarararara ra", który obrazuje tęsknotę za minionymi wakacjami na Ibizie. Impreza się rozkręca dość wolno. Dochodzi całe to nasze międzynarodowe towarzystwo, Następne piwa. Już jest pełna sala. Zespół na żywo przestał grać i cała klientela pojawiła się na dole. Zaczynamy tańczyć, najpierw przez bar z barmanką a potem już oficjalnie z tłumem. Następne piwa barmanka sprzedaje mi juz taniej. Spotkamy jakichś hinduskich katolików imieniem John plus jego biały kumpel Randy-Andy i nagle JEB światło się zapala i druga godzina, poszli do dom !
Ooo i jak to tak ? Tak szybko ?
Jedziemy na Soho ?
Nie jedziemy
Ale idziemy coś zjeść. Po drodze wychodzi, że Perryego kolega chodził do koledżu z Chemical Brothers i może nam załatwi bilety na koncert (w sprzedaży nie ma od miesięcy). Rozmowa schodzi na innych znajomych i koleś okazuje się być kuzynem Skin ze Skunk Anansie. I wcale nie wygląda na to, żeby czarował bo jak sam dodaje nie widział jej całe lata i w zasadzie nie utrzymują kontaku. Dodatkowo inna osoba potwierdza te relacje.
Bierzemy taksówke zbiorczą i dojeżdżamy w miejsce gdzie wszystkim jest w miarę blisko. Po chwili siedzę już w nocnym autobusie bo akurat się nawinął. Trzy przystanki i lekko chwiejnym krokiem idę ku domu.
A teraz co ?
Program naprawczy czyli prysznic, zimne piwo, kaloryczne żarcie i ibuprom. Jakoś dochodzę do siebie.
Pod wieczór czuję się nieco lepiej i obiecuję sobie, że za tydzień trzeba to będzie powtórzyć :)
Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  1 164 060  

I znowu mamy:

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Koń jaki jest każdy widzi...

Mam 37 lat - to całkiem nieżle jak na mój wiek
Mam kilka nałogów i cały czas szukam następnych ;)
Nie handluję komentarzami a już wogóle komciami (chyba, że za fajki)
Ale reklama, nie ma co...

Główny Urząd Statystyczny informuje:

Odwiedziny: 1164060
Wpisy
  • liczba: 354
  • komentarze: 3253
Bloog istnieje od: 4185 dni
Locations of visitors to this page