Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 350 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Passenger

wtorek, 26 czerwca 2007 16:38
Sponsorem dzisiejszej notki jest Iggy Pop "Passenger"
Kawałek ten dodatkowo (poza cała masą innych (Siouxie And The Banshees, Deftones) grał Kazik z Kultem oraz Big Cyc (lub Czarno-Czarni a w każdym razie z wokalem Janiszewskiego z Bielizny)
Klip: http://www.youtube.com/watch?v=R4yEBEvp2zs

Dwie sprawy mam...
W zasadzie chciałem zrobić z nich dwie notki ale później zapomnę.

Pierwsza sprawa - Wycieczka na Isle of Wight

M. tzn moja wybranka tzn Chosen One (to po angielsku) tzn Cho-Zen-Wan (to po chińsku ;) opisała już wycieczkę z grubsza u siebie ale historia zna przypadki opisu tej samej historii przez kilka osób. Na przykład 4 wersje pewnej biografii z początku naszej ery.
Ok więc:
Godzina piąta ! minut trzydzieści ! kiedy pobudkaaaaa.......
Dobra wstałem o 8:30. Cho-Zen-Wan wstała pół godziny później już na gotowe śniadanie oczywiście :|
Raz dwa trzy i siedzieliśmy w aucie A i M.
Dla niepoznaki nazwijmy ich Agnieszką i Mracinem.
Droga jak w filmie. "Czasem słońce, czasem deszcz". Tratata i dojechaliśmy do Portsmouth.
Ustawiliśmy się w kolejce do promu i po chwilce oczekiwania miny nam zrzedły.
Informacja od pana na bramie brzmiała: "Jeśli nie zabukowaliście wcześniej biletu musicie płynąć promem za około 2 godziny.
Geniuszem być nie trzeba, żeby się domyślić, że bukowanie biletu uznaliśmy za zbędne. No dobra, JA uznałem za zbędne ale w błąd mnie wprowadzili koledzy w pracy !!
Przeszedłem się do kas gdzie przesympatyczna pani zaproponowała mi prom za TRZY godziny. Tego już było za wiele ! Zacisnąłem pięści, nabrałem powietrza w płuca, napiąłem wszystkie mięśnie i potulnie wyszedłem z budynku.
Chwilę krótką potem kolektywnie stwierdziliśmy, że w dupie mamy Isle of Wight i jedziemy do Brighton.
Po drodze, przy opuszczaniu Portsmouth (Dickens tam się urodził ale nie było go w domu) zobaczyliśmy zamek Porchester. Zboczyliśmy więc z drogi celem oględzin. Ruiny to były ale jak zachowane !! Jeśli ktoś z Was zwiedzał kiedyś zamki na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej to tak dobrze zachowanych ruin tam nie ma. No może Pieskowa Skała ;)



Zamek fajny w k.r. (każdym razie) ale nic tu po nas jadziem dalej.
Następny był zamek w Arundel. Gigant normalnie ale już późnawo było i właśnie zamkneli. Szkoda bo było to coś w stylu Malborka. Poszwędaliśmy sie troszku po wiosce. Poobserwowaliśmy kupry nurkujących kaczek oraz emerytów grających w bule i pojechaliśmy dalej.
Jadąc zauważyliśmy nisko latające samoloty. Później samoloty zaczęły wypuszczać kolorowy dym a później tak się plątały w locie, że cudem był brak ofiar. Zjawisko wyjaśniały żólte tablice "Festival of Speed" z dopiskiem "SOLD OUT" niestety.
Cóż nam pozostało...pozostało nam zgłodnieć co też niezwłocznie uczyniliśmy.
Jako panaceum na głód wybraliśmy pizzę z Pizza Hut (plus startery desery i inne wodotryski). Jako alternatywę dla pizzy mieliśmy nieśmiertelnego McDonald'sa - stąd wybór. Potępianie nie wskazene. Wraz z rachunkiem dostaliśmy wouczery na wstęp do akwarium SeaLife. Nie to, że MY mielibyśmy wleźć do akwarium tylko takie oceanarium za szybą, wicie, rozumicie...
No.
Nażarci i napici ponownie obraliśmy kurs na Brighton.
Kurna jak tam wiało !! 30 lat mieszkałem 300 metrów od plaży ale taki wiatr to między blokami nie wiał ! Aha ! Jak się było można spodziewać SeaLife było już zamknięte !
To se połaziliśmy po plaży. Fajna plaża, kamienista, niby kanał La Manche (żeby być poprawny politycznie powinienem napisać "kanał Angielski") ale w sumie to Atlantyk. Nawet pływy są dość spore bo około 15 metrów ! No i fale spore ! Naprawdę spore !
Znalazłem kamień z dziurką na wylot ! Cho-Zen-Wan powiedziała, że taki kamień przynosi szczęście więc znalazłem drugi, trzeci, piąty....Cho-Zen-Wan też znalazła ich kilka. Mamy zabukowane szczęście na kilka następnych żyć ;)
Tak zabezpieczeni ruszyliśmy w kierunku domu i szczęśliwie doń dotarliśmy :)

Miałem pisać o drugiej sprawie czyli jak przetrwać na Wyspie z nikłymi dochodami ale jak zwykle zabrakło mi czasu.
Obiecałem Cho-Zen-Wan szaszłyki i musze naginać do kuchni.
To cóż, do następnego :)

Aha w ramach "P.S."
Ogórki wypierają Bombay Mix






 
Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

Passive Aggressive

sobota, 23 czerwca 2007 0:10
Sponsorem dzisiejszej notki jest Placebo "Passive Aggressive"

Miałem dziś miting z nowym menago. Bo u nas to tak jest. Menago przychodzą i odchodzą co krótki czas, stara bida zostaje. Mickey Mouse Company jak mawia Roger (typowy podstarzały angol który poza Arsenalem i własną żoną świata nie widzi).
Wracając do menedżera...
Zwołał miting i się pojawił...w dwóch osobach. Niby jeden a dwóch. Na dodatek  jeden czarny drugi biały. Normalnie Ying i Yang. Nawet sobie tego białego wyobraziłem jak stoi na głowie. Pełen obraz !
Później sobie pomyślałem, że pewnie jeden jest ten "zły" a drugi ten "dobry" jak policjanci w stanach albo bohaterowie hinduskich megaprodukcji.
Ostatnio ktoś gdzieś opowiadał, że będąc w Delhi był pod wrażeniem oglądając w malutkim kinie jeden z hinduskich filmów. Podobno całe kino (niezależnie od filmu) wznosi stłumiony okrzyk ulgi kiedy "ten dobry" (ubrany przeważnie na biało) zabija "tego złego" (ubranego zazwyczaj na czarno).

No i weszli obaj. "Czarny jak węgiel murzyn Walczak" i "Śpiący Kevin" Co ciekawe ten czarny ma na nazwisko Cox (w wolnym tłumaczeniu koks czyli było-nie-było wegiel ;)
No i się zaczęło. Był soczek i pączki i wogóle rodzinna atmosfera gdyby nie "Pakistani Pipol". Moj dziki współpracownik najechał ostro na managera oddziału (Filipino) z impetem wielkim jak stąd do Karachi.
Ludzie ! Moja mała wojna z Pakistani Pipol to jakaś popierdółka zaledwie.
Wspierany przez innych ciemnych z wąsami zarzucał Rizowi przeróżne rzeczy włącznie z terroryzmem i rasizmem. Porozdawał wcześniej podrukowane ulotki. Co ciekawe spór próbowali załagodzić Hindusi a oliwy do ognia dolewał Irańczyk.
Jak fajnie wychodzą na wierzch charaktery nacji.
I jak fajnie być poza tym wszystkim.
I jak fajnie siedzieć z durnym uśmiechem i czekać aż się głupki pozabijają :)

Rekord znowu pobił Somalijczyk.
Chyba koniecznie chciał coś mądrego powiedzieć. Prawie mu się udało.
W firmie jest podział na superwajzorów, drajwerów i waletów. Otórz nasz poczciwy Bashir biorąc przykład z dzikiego Rehmata zarzucił superwajzorom i waletom, że wychodzą wcześniej z pracy. Zapomniał niestety, że sam jako kierowca dostaje najdłuższą przerwę i niejako z urzędu wychodzi pół godziny wcześniej.
Koledzy z innych sekcji w kontrataku przypomnieli mu to skwapliwie  i w jednej chwili  misterny plan Bashira szlag trafił.  Teraz musi siedzieć do końca swojej zmiany.
Ot wyskoczył.
Ale jakoś mnie ta akcja nie zdziwiła.

Za to zadziwił mnie Śpiący Kevin. Już po mitingu zwróciłem się do niego z prośbą o pomoc w zmianie tax kodu (nadal pobierają mi zawyżony podatek). I facet co ? Zrobił w 5 minut to co ten niewydarzony filipino Riz robi od 10-ciu miesięcy !! Przy tym był na prawdę przemiły i nie sprawiał wrażenia, że robi to z przymusu.
Jak powszechnie wiadomo są ludzie i taborety.
No ale czas pokaże co tak na prawdę wskórał Śpiący Kevin

Jutro wycieczka na Isle of Wight
Więc czas spać
Dobranoc Państwu

PS Nadal czekam na odpowiedź w sprawie Losta z poprzedniej notki :)
Podziel się

komentarze (3) | dodaj komentarz

Lost

czwartek, 21 czerwca 2007 13:41
Sponsorem dzisiejszej notki jest LOST
serial taki który w końcu skończyłem oglądać

Walnąłem rekord. Obejrzałem pod rząd 5 ostatnich odcinków Lost-a.
Ja wiem, że zaraz podniosą się głosy, że to nie żaden rekord, że ten obejrzał 8 a tamta 15-cie pod rząd (i to jeszcze z 4-tej serii). Ale mi w sumie nie o to chodzi kto ile, kiedy i czego.
Chodzi mi o to że...hmm chyba nie załapałem końcówki :O
Przyznam się bez bicia, że prawdopodobnie jakoś na przedostatnim odcinku przysnęło mi się na 20 minut i chyba wtedy parę rzeczy ominęło mnie bezpowrotnie (nie chciało mi się cofać ;).
Więc czy znajdzie się życzliwa osoba która wyjaśni mi na czyim pogrzebie był Jack (po powrocie z wyspy) i dlaczego jego ojciec żyje ?? Do dzisiaj też nie wiem czym był ten predator z lasu.
A może to następne zagadki które otwieraja drogę do czwartej serii ? Podobno już za kilka tygodni...

No, a z niemiłych rzeczy to to, że nie chcą mi dać telefonu na kontrakt. czyli abonament.
Prawdopodobnie wprowadziliśmy się do wcześniej zadłużonego mieszkania. W efekcie mieszkanie znalazło się na czarnej liście i nikogo nie obchodzi to, że wprowadziliśmy się ledwo miesiąc temu.
Prawdopodobnie podobna sytuacja jest z kartą kredytową. Chyba trzeba zacząć drążyć i odkręcać. Jak sobie jednak pomyślę o rozmowach z urzędnikami to mi się zbiera...
O postępach będę informował na bieżąco.

Z życia Hounslow:

Samoloty zaczynają podchodzić do lądowania tuż po piątej zero zero. No nie powiem trochę ryczą.
Jeśli mam na rano to pół biedy, Jeśli na popołudnie to gorzej ponieważ rano Magda wychodzi do pracy i zostawia...OTWARTE OKNA !! Oj lubi sporty ekstremalne dziewczyna...

Dziki na poczcie mówi "dziękuję" w drugim języku urzędowym obowiązującym w Hounslow.
Dzicy w sklepach potrafia sklecić nawet proste zdania po polsku.
Rozmawiajać nawet przy beżowych wymieniamy z Magdą tejemnicze spojrzenia i mówimy do siebie "Sprawdzić czy nie ksiądz".
Ostanio Byliśmy świadkami jak do małej murzynki wołano "Tereskoo, Tereskooo" tyle, że z czeskim akcentem. To wyglada jeszcze ciekawiej :)

O wojnie polsko-pakistańskiej napiszę następnym razem bo mnie czas goni.
Dziś ostatni dzień na popołudnie a od jutra 3 dni ofaaa !
I wycieczka...? Szkoda, że bez aparatu...

 
Podziel się

komentarze (1) | dodaj komentarz

Out of Control

wtorek, 05 czerwca 2007 9:04
Sponsorem dzisiejszej notki jest Chemical Brothers "Out of Control"


Jak zwykle przed napisaniem notki mialem pomysłów i wspomnień do bólu. Niestety kiedy tylko usiąde do kompa widzę jak wszystko to co miałem opisać wylatuje przez okno i rozbija się o chodnik. Taka niekontrolowana reakcja. Zupełnie jak z psem Pawłowa.
Hmm zastanawialiście się kiedyś jakiego Pawłow miał psa ? Osobiście zawsze myślałem, że wilczura. Nie owczarka tylko właśnie wilczura (brzmi groźniej ;) Ale co jak miał pinczerka albo jamnika ? Doświadczenia do kosza bo to miłe psy i pewnie fałszowały wyniki żeby panu zrobić przyjemność. Albo taki pudel. Pudle kłamią z natury, wiadomo i wyniki będą również przekłamane.

Ok zaczynam tą notkę drugi raz po kilku dniach. W tym czasie zdążyłem
- Mieć ofa którego nie wykorzystałem.
- Upić sie winem (nie, nie sam :).
- Zadzwonić w trakcie powyższego do pracy i powiedzieć że jutro mnie nie będzie bo jestem chory a jutro będę bardziej.
- Rozpętać następną wojnę polsko-pakistańską
...i spotkać Niemca...

Z Niemcem to tak trochę dziwnie bo w sumie można go zaliczyć do freaków choć do beżowych mu brakowało. Wsiadł więc taki duży, gruby, sympatyczny, starszawy pan z rodzinką do busa i szwargoczą po niemiecku. Kolega gdy tylko upewnił się co do ich germańskiego pochodzenia wystrzelił "A ten kolega jest z Polski !"
No i Niemiec się zainteresował. Zapytał z jakiego miasta no to mówie, że z Gdanska.
Hmm... nieee nic mu to nie mówi. Myśli, myśli nagle EUREKA ! DANZIG !!!
Z taką euforią wykrzyknął ten Danzig, że następnym zdaniem powinno być: "oddawaj mi mój dom fa fluchte szwajne bom był wypędzon przed laty"
Na szczęście nic takiego nie powiedział. Wyjął wodę mineralną i nam dał. ??? Przymierze jakieś ? Tzn próbował dać bo odmówiłem. Wyjął więc budwaisera. Nie odmówiłem tym razem, przymierze zostało zawarte :).
No więc Niemiec dalej pyta z uśmiechem.
- Jesteś katolikiem ?
- Nooo, jestem...
- A do KOŚCIOŁA CHODZISZ W NIEDZIELĘ ?????
No zdębiałem !!!
Mówię
- jak mam być szczery to nie....
A Niemiec jeb rękę w moją stronę i próbuje mnie złapać za ucho !! To ja robie uniki. A on dalej, dupsko mu się podnosi z fotela a ja już nie mam miejsca do ucieczki !! Jakoś się jednak obroniłem budwaiserem który na czas podstępu stał się moim orężem. I Krzyknąłem niemal że nie mam czasu chodzić do kościoła bo pracuję w niedzielę. Wtedy dopiero Niemiec opadł na fotel i z uśmiechem pogroził mi palcem.
Szybka akcja a ja dalej byłem w szoku. W nie mniejszym szoku był mój kolega Pervez (mówię do niego Perwers ale on nie łapie ;) Skupiony na prowadzeniu busa nie wszystko łapał i trochę się przestraszył jak mu się zakotłowało w busie.
Niemcy wysiedli i wszystko skończyło się dobrze. A wyglądało na początek krucjaty.

No i w tym miejscu muszę przerwać notkę
Następna będzie za kilka dni
Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Missed The Boat

piątek, 01 czerwca 2007 11:21
Sponsorem dzisiejszej notki jest Modest Mouse "Missed The Boat"
Klip: http://youtube.com/watch?v=ogharitmxSc Thx Jacc

Hmm no to w końcu jakoś się ustabilizowała sytuacja.
W środę Szkot o nazwisku French położył nam kable pod kablówkę i net. Wszystko śmigało ładnie ale na kablu. Przydałby się router bezprzewodowy.
M. wróciła dość późno (przez korki na M25) i w międzyczasie większość sklepów się wzieła i pozamykała. Po przejęciu ciepłego jeszcze auta z nadzieją w sercu ruszyłem na poszukiwanie jedynego słusznego urządzenia przecenionego z 50 na 34 funty.
Oczywiście w całym beżowym Hounslow o czymś takim nie słyszeli. Pomimo, że oferta wisi jak byk na necie (wisi jak byk ? czy to ma sens ?).
Przypomniałem sobie, że w ortodoksyjnie beżowym Southall znajduje się potężny sklep pożądanej sieci. Wchodzę do sklepu a tam poza obslugą żywej duszy nie ma. A routery stoją sobie na półce w ilości do bólu i proszą "weź mnie !"
To wziąłęm jednego no nie.
W domu instrukcja instalacji robiła mnie w konia przez około godzinę. Po odrzuceniu bzurnych porad i wykonaniu całej roboty od początku, po swojemu i na chłopski rozum wreszcie wszystko zadziałało i nadal działa :)
To tyle informacji technicznej na temat "dlaczego mogłem dzisiaj napisać notkę"

W tym miejscu wstrzelę krótko o podróży z Irlandii:
Fajna była podróż.

Hmm...Nie, to chyba za krótko...

Zapakowaliśmy się w vw polo. Weszło wszystko chociaż niektóre rzeczy leżały w nogach pasażera.
Rankiem świtkiem kole poranka ruszyliśmy na prom. Nie, nie spóźniliśmy się jak w tytule notki. Po odprawie złożonej z podania kodu rezerwacji (zero paszportów biletów itp) wjechaliśmy na statek i rozłożyliśmy się na 11-tym piętrze przy oknie.
Trzy i pół godziny później byliśmy już w HollyHead.
Godzina 12:00 przed nami 500 kilometrów żywcem i 5 godzin czasu bo na 17-tą jesteśmy umówieni w agencji na odbiór kluczy.
Jak nie trudno się domyślić Walia mignęła nam tylko za oknami a szkoda bo nawet w tych migawkach była piękna. Góry, lasy, owce, murki na łąkach i nazwy wiosek całkowicie niemal pozbawione samogłosek (to akurat średnio piękne było ale ciekawe).
Do agencji trafiliśmy z kilkunastominutowym opóźnieniem.
Średnia prędkość wyszła około 100 m/h (błogosławione niech będą autostrady)
Spalanie około 6,7 l/100 km (przy załadowanym na fulla polo którym pocinaliśmy nierzadko 140 km/h to chyba niezły wynik).
Odebraliśmy więc klucze od Sikha imieniem Guv, który gadał jak Dan Aykroyd w golfiarzach i zaczeliśmy wprowadzkę.
Potrwała ona dwa dni.
Najlepsze, że byłem przekonany, że moje wszystkie rzeczy zmieszczą się w tym plecaku z którym tu przyjechałem. Niestety znowu załadowaliśmy polo pod sufit :O !!
Tym samym Albanian House przeszedł do historii.

Później poszedłem do pracy i wszystko się unormowało. W poniedziałek M. pojechała do pracy i też by się unormowało gdyby nie to, że po 2 godzinach była spowrotem. Zgubiła drogę. Co w przypadku jej, na prawdę, niezłej orientacji w terenie jest dziwne.
Nie wiele myśląc poszliśmy do sklepu i kupiliśmy GPSa. Wybór padł na TomToma.
I był to dobry zakup bo przy późniejszych jazdach po Londynie Pan Andrzej (ten facet co tam w nim siedzi i gada (po polsku nawet)) nie raz sprowadzał nas na "dobrą drogę". Chociaż parę razy też zdarzyło mu się wyprowadzić nas gdzieś w pole. Pewnego razu nawet gdy pojechaliśmy wg naszego uznania obraził się i przestał się odzywać ! Ale generalnie gość jest ok.
W tym miejscu chcielibyśmy serdecznie pozdrowić naszego Pana Andrzeja.
Panie Andrzeju ! Tak trzymać ;)

Przez ostatnie 3 tygodnie też trochę się działo ale już nie pamiętam.
Pamiętam jedynie że zostałem wmieszany w pracy w aferę nie zamykania bramy na parking.
W nocy jakieś zombie weszły na parking i zdemolowały kilkanaście samochodów. Z dwóch ukradły koła (po co zombie (zombiom jak ktoś woli) koła ?). W każdym razie oskarżono mnie i Rehmata o niezamknięcie bramy (nikt nigdy bramy nie zamykał) co spowodowało okazję, która uczyniła złodzieja.
Wszczęto śledztwo wewnątrz firmowe, zebrano zeznania i jak już myślałem, że wylecę albo przynajmniej mnie zawieszą, śledztwo umorzyli nie podejmując czynności dyscyplinarnych.
Ot taka niespodzianka.

Następną niespodzianką okazały się kieliszki do wódki.
Nie miałem pojęcia, że zakup powyższych graniczy w tym kraju z CUDEM.
Trzy bite tygodnie łażenia po sklepach i szukania zwykłych kieliszków.
Było kilka nie do pary w sklepach z rzeczami używanymi oraz jeden komplet - 4 sztuki w tesco. Niestety bez kodu kreskowego, co uniemożliwiło zakup.
Dostaliśmy w końcu kompletny komplet kilkadziesiąt kilometrów od domu. W IKEI !

I to na razie tyle bo się późno zrobiło.
Trzeba pozmywać, poodkurzać, pójść na pocztę, krowy wydoić i węgla nakopać.

Do następnego
A tak w ogóle czy tu ktoś jeszcze w ogóle zagląda w ogóle ??
Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  1 164 095  

I znowu mamy:

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Koń jaki jest każdy widzi...

Mam 37 lat - to całkiem nieżle jak na mój wiek
Mam kilka nałogów i cały czas szukam następnych ;)
Nie handluję komentarzami a już wogóle komciami (chyba, że za fajki)
Ale reklama, nie ma co...

Główny Urząd Statystyczny informuje:

Odwiedziny: 1164095
Wpisy
  • liczba: 354
  • komentarze: 3253
Bloog istnieje od: 4185 dni
Locations of visitors to this page