Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 350 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Spontan

poniedziałek, 26 maja 2008 12:24
A miałem tylko skonfigurować router...
Zazwyczaj to się tak zaczyna.

Już w pracy Krzysiek, który prywatnie jest moim kolegą z pracy, zaofiarował się z transportem. Właściwie to on nie pracuje ze mną tylko w innej firmie ale w tym samym miejscu. No w każdym razie dzień wcześniej przeprowadzał się i samochód jakoś mu został na jeszcze jeden dzień.
Przyjechał po mnie koło 18:30 GMT i pojechaliśmy do Piotra od tej pory nazywanego "Piotrem od routera". Router był skonfigurowany poprawnie i po chwili opuściliśmy Piotra od routera. W tym momencie możemy zapomnieć o Piotrze od routera ponieważ juz więcej o nim nie wspomnimy.
Na horyzoncie pojawia się jednak inna, równie barwna, postać - Blady Michał. To, że barwna miało się okazać dopiero później ponieważ jeszcze wtedy nie wiedziliśmy, że ubrany jest w jaskrawo zieloną bluzę.
Blady Michał na początku objawia się telefonicznie meldując, że przebywa aktualnie w centrum, w pubie na Picadilly Circus.
Blady Michał jest też moim kolegą z pracy ale w odróżnieniu od Krzyśka, pracuje ze mną w jednej firmie.
Jadąc prosto przez Mały Bombaj (Southall) później przez Mały Lublin (Ealing) i inne małe miasta dotarliśmy do samego centrum gdzie w umówionym miejscu czekali na nas wspomniany Blady Michał i Kolega.
Następnym punktem programu stało się odnalezienie miejsca gdzie można oddać. I tak krążąc i zataczając koła dotarliśmy do Hyde Parku. Po drodze jedni oddali za śmietnikami inni w MacDonaldsie a inni właśnie w Hyde Parku.
Czy to brzmi niesmacznie i wulgarnie ? Mam nadzieję, że nie...W końcu nic co ludzkie nie jest nam obce a na prawdę ciężko znaleźć toaletę w Soho. Nad jeziorkiem w Hyde Parku, gdzie był na prawdę ładny widok zrodził się pomysł aby odwiedzić znane nam londyńskie punkty widokowe.
Na pierwszy ogień poszła polanka w Croydon - południowy albo nawet południowo wchodni Londyn. Pojechaliśmy trochę na około bo nikt nie znał drogi i jechaliśmy dopóki nie napotkaliśmy pierwszego drogowskazu. Do Croydon dojechaliśmy po 22 - to jednak kawałek drogi. Ładny był widok ale mgła okrutna. Tam też po ceremonialnym "Kolega wybaczy ale nas chyba sobie nie przedstawiono" dowiedziałem się, że kolega Bladego Michała ma na imię Krzysiek również.
Czas nadszedł na następną propozycję. Kolega Krzysiek II zaproponował Wood Green czy jakiś inny Totenham.
No to przepchaliśmy się znowu przez central i po jakichś 2 godzinach byliśmy na północnym krańcu miasta. I znów nikt nie wiedział jak dojechać z centrala. Jechaliśmy więc do pierwszego drogowskazu jak poprzednio.  W  Wood Green wciągneliśmy kebaby i podjechaliśmy pod górkę. Miejsce nazywało się Alexandra Palace i było na prawdę ładne. Widok też ale co z tego jak za mgłą. Zarzuciłem pomysł, żeby odwiedzić Greenwich ale nie byliśmy pewni czy park jest otwarty więc odwieźliśmy kolegę Krzyśka II do domu i ruszyliśmy w nasze strony.
Gdybym nie zobaczył to bym nie uwierzył ile samochodów jeździ nocą po Londynie. Dopiero gdzieś po 2:00 zrobiło się w miarę pusto.
Jakby tak pociągnąć linią po mapie którędy jechaliśmy to podejrzewam wyszłoby coś na kształt wykroju z Burdy. Może nawet dałoby radę uszyć z tego coś awangardowego...
Koniec końców do domu trafiłem o trzeciej nad ranem zmęczony nie bardziej niż inni. Musiałem sobie udowodnić, ze nie całkiem taki stary jestem choć średnią wieku w samochodzie zawyżyłem mocno.

A jak już jesteśmy przy wieku to chciałem wszystkim podziękować za życzenia urodzinowe. To bardzo miłe z Waszej strony. Dzięki :)
Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Birthday

sobota, 24 maja 2008 10:37
Sponsorem notki jest Sugarcubes z baaardzo starym kawałkiem "Birthday"

Nie bez powodu z resztą. Licznik zrobił czi-czinnn i mi cyferka przeskoczyła.
Z tego powodu zadzwoniłem wieczorem do pracy i powiedziałem, że dziś nie przychodzę. Niestety telefon odebrała Sultana i kierując się niewiadomo czym zadała całe mnóstwo pytań na które nie byłem przygotowany. Nie musiałem odpowiadać ale byłoby to co najmniej podejrzane. Zełgałem więc coś na prędce i rozłączyłem się symulując problemy z połączeniem.

Dziś czeka mnie wyprawa po garnitur. Nie z powodu urodzin, bynajmniej. Kilka dni temu zaprosili mnie na rozmowę kwalifikacyjną w jakiejś firmie architektonicznej i nie pójdę w bojówkach przecież.
Wiecie, że w tym momencie zapeszyłem !
Jak interview nie pójdzie to będę miał na kogo zwalić winę ;)
Pójdzie, nie pójdzie cieszę się, że coś się rusza. Najpierw jakieś telefony po których następowało nic. A teraz to interview. Po nim również może nastąpić nic ale zawsze to mały kroczek do przodu.
Nie mam pojęcia tylko jak w ciągu tych kilku dni, które zostały do I-day stworzę profesjonalne portfolio. Nie ma szans. Pójdę i będę ściemniał. Rysunki, które mógłbym włączyć do portfolio i których bym się nie wstydził robi się kilkanaście dni biorąc pod uwagę to, że pół dnia pracuję gdzieś indziej.
a'propos "indziej"... co za głupie słowo to jest. Jest coś takiego w ogóle jak "indziej" ?
Zakładając jednak, że słowo "indziej" istnieje przejdżmy dalej.
Wracając więc do interview. Nie jestem i nigdy nie byłem architektem. Nie w tym życiu przynajmniej. Wymagania jednak dokładnie odpowiadają moim umiejętnościom i co ciekawe również zainteresowaniom. Nie nastawiam się na wielki sukces tak od razu. Boję się, że pomimo całkiem niezłego angielskiego nie będę potrafił się obronić. Nie wiem jak jest gazobeton po angielsku ani więźba dachowa. No cóż będę improwizował i podejrzewam, że bardzo będę potrzebował rąk (a może nawet i nóg).
Jeśli nie ta firma to inna. Świat się nie wali (mam nadzieję)

Wracając do angielskiego (taki zabieg, żeby nie powtarzać a'propos ;) ostatnio robię za tłumacza w mojej rodzimej firmie-matce. Tak jak przez rok z okładem byłem jedynym polakiem tak ostatnio zatrudnili chyba ze czterech. Cieszy mnie to dlatego, że silnie to osłabiło pakistańskie poczucie pewności. Nie cieszy dlatego,że bywam odciągany od pracy, żeby przetłumaczyć rodakom różnego rodzaju zagadnienia.
Ciekaw jestem jakie są stawki tłumaczy.

Dobra to zrywam się po ten gajer. Znowu kupa kasy odejdzie w niepamięć.
A tak poza tym, mam zamiar spędzić ten dzień przyjemnie. Jakbym był kobietą to bym poszedł do spa.
;)
Pomimo, że to moje urodziny zdrowia wszystkim życzę
i tradycyjnie "Dużo szczęścia i słodyczy"
Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Stepy Anglikańskie

sobota, 10 maja 2008 23:38
Akcja krawat
Ostatnio jakoś wszyscy się zmówili, żeby zaleźć za skórę Andy'emu temu krzywemu managerowi naszemu powszedniemu.
Andy pomimo, że został odsunięty od spraw dotyczących pracowników nadal łazi i szuka dziury w całym. Somale więc...
Nie to jest głupie, ciężko będzie sobie tą scenkę wyobrazić. Serio. Idziemy dalej.

Tymczasem mijają 2 lata jak jestem na zesłaniu. Dokładnie 11-go maja minęły...
Nie, to drętwe jest, zacznę wspominać, wzruszę się i po co nam to ?

Marzę wprost o przepływowym podgrzewaczu wody. Będąc w Clovelly nawet taki domek w środku lasu miał takie ustrojstwo. Dzięki niemu mogłem zaparować całą łazienkę. Tutaj gdzie obecnie pomieszkuję, pomimo nowego budownictwa, zamontowany jest bojler. Trzeba wodę grzać non stop co powoduje olbrzymie niedopłaty za prąd. A woda jak była tak jest zimna. W sumie z kranu leci ciepła nawet mocno ciepła (ale nie gorąca). Do prysznica już nie dochodzi. Od roku więc hartuję się na zimno.
Takie krótkie spostrzeżenie.

I jeszcze jedno spostrzeżenie.
Pamiętacie moja wspaniałą listę najlepszych whisek (dopełniacz od whisky). No to wspólnie możemy o niej zapomnieć teraz.
Kilka dni temu spróbowałem whisky Glenfiddich. Inny rodzaj i inne smakowe doznania. Jest to whisky z rodzaju single malt i podobno tylko takie mają prawo nazywać się whisky. Ja tam nie wiem, nie znam się. Mi smakowała również Vat69 i Bells ale ten Glenfiddich to jakaś inna klasa jest. I starcza na dłużej bo 2x droższa i trzeba oszczędzać płyn.
Zacząłem czytać na ten temat i co cztery tygodnie po wypłacie, dokładnie w piątek (bo wtedy mam wypłatę) będę sobie kupował taką single malt. Za każdym razem inną.
Eee obiecanki cacanki, pewnie znowu sie skończy na Vat69 albo Bellsie a'la Pepsi

I dzisiejsze przemyślenia w drodze do pracy:
Zauważyłem przy chodniku samochód z rejestracją BUY.
I tak sobie idę i myślę, że fajna ta rejestracja BUY. Samochód sam zachęca do kupna, Szkoda że u nas jest mało takich trzy-literowych wyrazów, a jak już są to z polskimi znakami i na rejestrację się nie nadają. Mamy jakieś: leć, idź, goń...i nagle olśnienie ! jest przecież trzyliterowe KUP. Po chwili zorientowałem się że to dokładnie to samo co BUY :)

A o tym miałem napisać wieki temu i zawsze zapominałem:
Mianowicie
Do pań kurturarnie mówi się madam. Zwłaszcza do tych starszych. W potocznej wymowie wychodzi coś w rodzaju ma-am z połkniętym "d". I razu pewnego nie dość że to "d" mi się połknęło to te dwa oddzielone "a" jakoś się zespoliły tak że wyszło ni mniej ni więcej tylko MUM, Czyli w sumie tak jakbym powiedział do kobiety per "mamuśko"
Ale wiocha. ALE WIOCHA !
Poczułem się jak średnio wygadany parobek teksańskiego hodowcy bydła.

I na koniec
Jaka jest prawdziwa kobieta?

Nigdy nie ma:
- czasu,
- pieniędzy,
- w co się ubrać.

Zawsze ma:
- rację,
- genialne dzieci
- męża idiotę.

Z niczego potrafi zrobić:
- sałatkę,
- kapelusz
- awanturę małżeńską

Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

Zwykły dzień

piątek, 09 maja 2008 0:09
No nie, ludzie ! 3 notki dałem w ciągu jednego dnia a Wyście gdzieś sobie poleźli ? A wiedziałem, żeby dozować stopniowo na wypadek braku weny co czasem się zdarza. Tak byśmy sobie pogadali najpierw o jednym potem o drugim, trzecim i git, trzy tygodnie z głowy. A tutaj nic ! 3 notki i 3 komentarze nie licząc grzesiowego na GG: "fotki fajne ale naglówka nie trzeba było tak podbarwiać".
NIE PODBARWIAŁEM... Odrobinę trochę bo blade było...

Ale przypomniało mi się jeszcze o panach z przedziałkiem w Eden Project.
"Piękni" brązowi chłopcy bo o nich mowa zamiast podziwiać piękne okoliczności przyrody i, tego, niepowtarzalnej, to oni sobie nawzajem robili zdjęcia na tle jak zauważyłem zupełnie przypadkowym. Przy tym przybierali pozy pełne dumy a zwycięstwo malowało się na ich ciemnych twarzach. Raz tylko widziałem taką scenkę kiedy na Placu Czerwonym w Moskwie jakiś obywatel jakiejś republiki "zaprzyjaźnionej" (wtedy jeszcze nawet Radzieckiej) z miną zwycięzcy robił sobie zdjęcie na tle Kremla. Ale to w miarę rozumiem, wsiadł w ten ichni pociąg  co to jest transsyberyjski czy jakiś tam, przepękał te 12 dni w jedną stronę o czaju i sucharach ze słoniną, no to, niech tam, fota zwycięzcy mu się należy.
Ale dzikie ? Co one przebyli te dzikie ? 50 kilometrów z Plymouth ? No bez jaj.
Hmm...no chyba że na słoniach...
Ale nadal coś nie gra. Zwycięzcy na tle roślin ? Że niby te rośliny zwyciężyli ? Nie, nie kumam...

Ciepło się robi. 30 stopni na placu (coś pomiędzy "w cieniu" a "na słońcu"). Więc postanowiłem sobie otworzyć dach w takiej sportowej Hondzie. pięknie się otwierał, zjawiskowo wręcz. Nieco gorzej z zamknięciem. Ni ch..a nie szło w drugą stronę. Juz sobie normalnie bajkę układałem co to ją opowiem zainteresowanym władzom, że niby szyby zaparowane były, nic nie widziałem, o guzik się oparłem i w ogóle, że obłąkany jestem albo pitbull mnie pogryzł...aż tu nagle jak Dobromirowi efektem piłeczki ping-pongowej na głowie, wpadło mi do łba zaciągnąć hamulec ręczny.
Dalej już było jak w bajce. Wszyscy byli szczęśliwi, śmaili się i gratulowali. Wywiady, wizyty w zakładach pracy...

Potem wsiadłem do Saaba, też cabrio. I nie byłbym sobą gdybym i w tym modelu nie sprawdził dachu. Ten otworzył się gładko i z gracją. Ale szyba była brudna. Ciach za wajchę i jakbym dłużej przytrzymał to miałbym basen w aucie. Ze zroszoną głową i całą tapicerką w kropki pojechałem dalej. Całe szczęście, że właściciel poskąpił na płyn i wlał zwykłą wodę.

Więcej grzechów nie pamiętam, serdecznie za nie żałuję...

aha jeszcze jeden grzech
Dzisiaj rano zadzwonił do mnie superwajzor filipino-Riz i zapytał czy mam jakiś klucz. Miałem bo wczoraj zapomniałem. Oddać. Ale też wczoraj zadzwoniłem do niego i grzecznie poinformowałem - zapomniał.
Ok. Nic pilnego, dzwonił żeby się upewnić.
Za chwilę dzwoni jeszcze raz: Bartek przecież ty powinieneś być w pracy !
Ja: Nieee, mam popołudniową zmianę.
Riz: Ale wpisałeś sobie nadgodziny...
Ja: to jakiś mistejk !
Ale gdzieś tam w głębi już czułem, że to mój prywatny mały mistejk.
Ja: Będę za godzinę...

Byłem za półtora godziny około 9:00, tradycyjnie wziałem 2 godziny przerwy bo robię podwójną zmianę, wróciłem na 3 godziny i wyszedłem o 19:45 zamiast o 0:00 bo byłem zmęczony, bo ? Robię podwójną zmianę :).


Łapy sobie na słońcu spiekłem, tak, że czarni patrzyli na mnie jak na brata. Połozę się lepiej, żeby ostygnąć do rana.

PS: za tytuł dziękujemy dzisiaj zespołowi z mysłowic o wdzięcznej nazwie Myslovitz
Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Eden Project

niedziela, 04 maja 2008 18:15
Eden Project to dwa zespoły kapsuł z dwoma klimatami wewnątrz. W pierwszym mniejszym "ustawiony" jest klimat śródziemnomorski a w drugim, znacznie większym klimat tropikalny. Pisząc ustawiony mam na myśli temperaturę, wilgotność, ruch powietrza, rośliny a nawet drobne żyjątka jak jaszczurki, owady i ptaki.
Kopuły wyglądają tak:



Zwierzęta wyglądają tak:





Pierwszy klimat, śródziemnomorski, nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia. Moźe dlatego, że jest w miarę podobny do naszego. Za to drugi, tropikalny - rewelacja ! Oczywiście jak to w angielskim muzeum wszystko zaaranżowane jak jakaś makieta w skali 1:1. Chaty z różnych stron świata, budki, skrzynie a nawet samochód, który przewoził trzcinę cukrową.



Powyżej "stanowisko" do łowienia ryb
Poniżej chata malezyjska



Upał był taki, że ze mnie prawie ciekło. Normalnie jak w dżunglii.



Wielki kilkunastometrowy wodospad


A potem wyszliśmy z ukropu i pojechaliśmy dalej. W międzczasie zamiast do KFC w Plymouth pan Andrzej poprowadził nas w środek jakiegoś osiedla za co omal nie został zwolniony. Na szczęście zrehabilitował się nieco później wynajdując żarłodajnie w Torbay.
Zgodnie stwierdziliśmy, że w tak dziwnym mieście to jeszcze nie zdarzyło nam się przebywać. Freak na freaku, ludzie jacyś dziwni, brudni, poszarpani, powykręcani przy tym naćpani lub pijani i co najlepsze wyglądali na szczęśliwych. I to wszystko w centrum. Normalnie cyrk przyjechał.
Szybko wynieśliśmy się z tego miejsca i po kilkunastu minutach wjechaliśmy do Torquay. Tu już było bardziej normalnie. Przynajmniej na oko. Miasto i okolica znane sa jako angielska riviera i można powiedzieć, że wyglądają w miarę.
Torquay obejrzeliśmy właściwie tylko z okien samochodu i decydując się na kontunuację wycieczki ruszyliśmy na Londyn. Tym samym zrezygnowaliśmy z szukania B&B. Po około 3 godzinach jazdy non-stop byliśmy w domu - dokładnie o północy.




Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  1 164 118  

I znowu mamy:

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Koń jaki jest każdy widzi...

Mam 37 lat - to całkiem nieżle jak na mój wiek
Mam kilka nałogów i cały czas szukam następnych ;)
Nie handluję komentarzami a już wogóle komciami (chyba, że za fajki)
Ale reklama, nie ma co...

Główny Urząd Statystyczny informuje:

Odwiedziny: 1164118
Wpisy
  • liczba: 354
  • komentarze: 3253
Bloog istnieje od: 4185 dni
Locations of visitors to this page