Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 350 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Jutro też wam uciekniemy !

wtorek, 25 marca 2008 10:57
Jak już kiedyś wspomniałem moja firma została przejęta przez inną. Co ciekawe Niemcy wykupili Amerykanów. Dla nas pracowników nie miało to większego znaczenia aż do czasu kiedy dowiedzieliśmy się o dużo lepszych warunkach panujących w pozostałych filiach. Napięcie narastało aż do momentu kiedy zdecydowaliśmy się napisać skargę do jednego z główniejszych managerów. Odkryliśmy bowiem, że za brakiem zmian na lepsze w naszej filii nie stoi nikt inny tylko nasz lokalny osobisty manager, gnida i podstępny karzeł Andy.
Skutecznie blokował on wszelkie udogodnienia, które złotym deszczem spadały na inne filie.
I tak: Nadal mieliśmy te same zarobki pomimo innych stawek w innych oddziałach. Za Bank Holiday mieliśmy płacone podwójnie zamiast potrójnie. Przysługiwało nam prawo do 20 zamiast 24 dni urlopu. Przerwy śniadaniowe nie wliczone do do zarobków i masę innych "drobiazgów". Dodatkowo gnój niemyty obcinał ludziom godziny. Jeśli ktoś zarobił zbyt dużo to ciach i sprowadzał pensję do bezpiecznego poziomu. Mnie to akurat nie spotkało nigdy (może dlatego, że potrafię mu odpyskować i jestem 2 razy większy od niego ;) a może dlatego że jestem biały - serio) ale ci biedni Pakistańczycy...No może nie tacy biedni ale niesprawiedliwość jest oczywista.
Ok, wróćmy do listu. Zostaliśmy zaproszeni na rozmowę do szefa wszystkich szefów Tony'ego. Wybrana została delegacja złożona z 6 osób i oczywiście jako przedstawiciel kraju z długimi strajkowymi tradycjami musiałem się w niej znaleźć. I to wcale nie z własnej woli.
No i Veni Vidi Vici. Ale tylko pozornie ponieważ to co nam obiecano poprzedniego dnia następnego dnia zostało zastąpione interpretacją Andy'ego i wszystko wróciło do "normalności". Dodatkowo bastard wprowadził maszynkę do podbijania kart na rozpoczęcie i koniec pracy. Maszynka ku naszej uciesze nie podziałała zbyt długo. Właściwie wcale nie podziałała ponieważ na dzień przed "Pierwszym Podbiciem Karty" ktoś wdusił do środka strategiczny przycisk a parę godzin później totalnie ją zablokował. Jak to przyjemnie widzieć Andy'ego miotającego się bezradnie po korytarzach z pianą na tym chamskim pysku :)
I nawet jak naprawią to co ? :) Chciało by się powiedzieć za Maksiem "Jutro też wam uciekniemy" ;P

Tyle wiadmości z frontu. Trochę teraz spuszczamy z tonu i łagodnie przechodzimy ze spraw pracowych na Freaków
Łagodnie znaczy to, że muszę wspomnieć jeszcze o Panu Eko.
Pan Eko pojawił się w serialu Lost i znikł zaraz ponieważ źli ludzie go uśmiercili. Był to wielki murzyn, sądząc po rysach z zachodniej Afryki.
Do mojej firmy nowy właściciel przysłał obserwatora - wypisz wymaluj Pan Eko. Nieco starszy jedynie ale tak samo wielki i tak samo czarny. Podobny głos i rysy. Od razu mi się skojarzył.
I zgadnijcie jak się facet nazywa ? :)
Nie no nie Eko przecież bo to by była lekka przesada. Facet nazywa się AKO :)
Może oni tam wszyscy tak...?

Wczoraj w godzinach popołudniwych na horyzoncie pojawił się tabun niebieskich ludzików. Chciałem uciekać !
Ciekawość zwyciężyła jednak i po chwili byłem świadkiem jak 20 osób jednakowo ubranych w niebieskie ortalionowe dresiki model '80 szturmuje biuro wypożyczalni samochodów.
"A język ich był dziwny i włosy ich były koloru zboża. A ruchy ich szybkie i bezładne. Rozbiegli się na cztery strony świata i w szaleństwie poczęli się obnażać."
Jakbym był prorokiem czy kronikarzem to bym tak to opisał.
Tymczasem okazało się, że to Fińska reprezentacja czegośtam. Stawiałem na wędkarstwo bo trener walił rybami.
I poważnie: powyłazili na zewnątrz porozstawiali się w małe grupki na całym (pustym) parkingu i jak na wyścigi zaczęli sie przebierać ! Faceci jak faceci ale młode dziewczyny biegające w majtkach w mojej pracy należą raczej do rzadkości.
I wiecie co ? Jak się już przebrali to się znowu zaczęli przebierać. Ale już nie wszyscy, część tylko. Pewnie reszta odpadła...

Właśnie przyszedł listonosz. Dostałem podwyżkę Council Taxu (1 funt tylko na szczęście) oraz książkę do fotografii czarno białej. Zamówiłem w sumie 3 książki za łączną kwotę 2,5 funta. Przesyłka za to wyniosła mnie funtów osiem :)

To idę czytać
Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

Fisherman's blues

środa, 19 marca 2008 14:29
A wykonawcą blusa rybaka jest Waterboys. Ładny kawałek, dziękujemy.

    I stało się !! I pojechaliśmy w końcu na wycieczkę !! Cho zrezygnowała z tradycyjnego odpoczynku na kanapie z książką i wyraziła umiarkowaną chęć zwiedzenia nadmorskiego, jak sama nazwa wskazuje, Southend On Sea.
    Strategicznego dnia, zwlokłem się więc świtkiem rankiem kole poranka, pozmywałem naczynia (bo jak nie ja to kto ? ;), zrobiłem śniadanie (bo jak nie ja to kto ? ;) i przystąpiłem do żmudnego procesu budzenia Cho.
Ku mojemu zdziwieniu nawet nie trzeba było się specjalnie wysilać. Lekko zawyżyłem aktualny czas i poszło gładko. Dodam, że zazwyczaj proces ten trwa do południa ;). Koniec końców to ja byłem ostatni do wyjścia.
    Raz dwa trzy, wsiedliśmy w auto i przez korki tworzone przez niechybnie wrednych ludzi dojechaliśmy jakoś do obwodnicy M25. Za następne 100 kilometrów byliśmy w Southend On Sea. Miasto położone jest u ujścia Tamizy. Właściwie niewiadomo czy to jeszcze Tamiza czy już morze Północne. Charakterem bardzo przypominało mi Brighton. Morze, plaża, kilometrowa promenada oraz ruchliwa ulica tuż przy poprzednich. Wystrój Nowo Orleański. Pewnie ani się to tak nie nazywa ani nie ma za wiele wspólnego z Nowym Orleanem - nie wiem nie byłem - ale jakos mi się tak skojarzyło.
    W podróży już zrobiliśmy się lekko głodni więc po wyjściu z auta kroki skierowaliśmy do pierwszej lepszej "smażalni ryb". Cho złożyła zamówienie na płastugę z frytkami x2 oraz szarlotkę z lodami. Dostaliśmy frytki i czekając na płastugi skubaliśmy je powoli. Skubaliśmy i skubaliśmy, w końcu się skończyły, odpływ odpłynął, rybacy już dawno wrócili z morza a naszych płastug ani widu ani słychu. Zdobyłem się w końcu na odwagę i zapytałem starszą panią jak się czują nasze ryby ?
Pani starsza wykrzyknęła "Och !" i z wielkimi oczami pięciokrotnie dodała "zapomniałam !". Zamiast ryb dostaliśmy jednak, brakującą również, szarlotkę z lodami. Badając wnikliwie tablicę z menu oraz nasz rachunek doszliśmy do wniosku, że płastugi nie zostały uwzględnione w zamówieniu. Niewiadomo dlaczego. Stawiam na lokalny jednoosobowy oddział Greenpeace. Pewnie wszystkim podaje frytki a ryby wypuszcza.
Po "obiedzie" poszliśmy popstrykać foty. Odpływ był w zaawansowanym stadium i postępował więc było ciekawie.




Potem już położył kutry na boku jak widać...



Nieco później z Southend On Sea ruszyliśmy na zachód wzdłuż wybrzeża do Leigh też On Sea. Tam podobno miał byc rezerwat. Może i był ale chyba łódek po odpływie.



I spojrzenie na wschód - ta sama sytuacja...



No dobra !
Nie byłem rozczarowany tym, że zamiast rezerwatu zobaczyliśmy to co zobaczyliśmy. Ja jako amator starych, małych,  rybackich portów poczułem się jak w raju. Wąskie uliczki, tysiąc pięćset sto osiemset pubów nad brzegiem i te powywracane łódki. Cóż więcej potrzeba do szczęścia ;) Wioska w 80-90% pasowała do mojego wyobrażenia małego angielskiego/irlandzkiego portu.



Powyżej jeden z pubów.
    Nie miałem zbyt dużo czasu aby obfotografować wszystko co chciałem. Cho czekała na moście z niezapłaconym parkingiem - zatrzymaliśmy się tylko na chwilę.
Po krótkiej wizycie w Leigh On Sea ruszyliśmy do dom. Tym razem obwodnicą w dół. Znów godzina na autostradzie i byliśmy w domu nawet o rozsądnej porze.

A z wieści bieżących:
Zepsuła mi sie oysterka czyli Oyster Card - taki bilet z chipem. Coś się chyba złamało w środku i nie chcieli mnie wpuścić do autobusu. Na następny dzień bez większego problemu wymieniono mi ją na nową. Z tym samym saldem nawet. I tyle sensacji.

Jak coś się będzie działo to napiszę
Pa
   
   







Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Nierówna była to walka...

sobota, 15 marca 2008 0:18
Właściwie nie wiem jak zacząć.
    ZUS wpienił mnie (niespotykanie spokojnego człowieka) na maksa.
Pomijajac postawę Pani Krysi K. która pomogła mi, obcemu, ponad normę. Poczekała ponad miesiąc, aż zjawię się w urzędzie, żeby wyjaśnić sprawę, sama wyjaśniła mi o co chodzi, wydrukowała małą ściągę pomocną przy wypełnianiu kwitów oraz dała kalkę (na zawsze mi ją dała !) żebym nie musiał biegać po kserach.
Tak, Pani Krysia K. była ok. (dla Pani Krysi z turnusu trzeciego - Pucio pucio)
Natomiast ZUS jako instytucja okazał się niedostępny pod każdym względem. Krótko mówiąć: poprosili mnie o złożenie dokumentów DRA, ZWUA i ZWPA i kiedy już wypełniłem je wszystkie poprawnie, odmówili ich przyjęcia.
Bo:
Muszę pójść do urzędu skarbowego po zaświadczenie o zamknięciu działalności, do urzędu miejskiego po zaświadczenie o zamknięciu działalności (dla odmiany), do księdza proboszcza po zaświadczenie o udziale w sakramentach oraz do stomatologa po zaświadczenie o stanie uzębienia. Paranoja i głupota. Rasiści !! Mam ich wszystkich głęboko w mojej murzyńskiej dupie.
Nie, nie, zaraz, coś mnie poniosło chyba...
W każdym razie nie lubię ich i chyba się na nich obrażę a żyć ze świadomością, że ktoś jest na ciebie obrażony nie jest łatwo !
W zusie na tym samym piętrze spotkałem też Pana, który miał do zapłaty 25 zł i nie mógł tego zapłacić bo nikt nie chciał przyjąć od niego pieniędzy oraz Panią która wysłała odwołanie od błędnej decyzji ZUSu a ten w odpowiedzi zablokował jej wszystkie konta pozbawiając ją całej kasy, łącznie z tą przeznaczoną na zakup chleba (naszego powszedniego). Odwołanie tej Pani najprawdopodobniej zostało ZAGUBIONE bo w ogóle nie ma go w ewidencji. Ech... Wiem to dlatego, że - następna paranoja - w ZUSie panuje tak wielkie poszanowanie tajemnicy państwowej i ochrony danych osobowych, że petenci załatwiani są na korytarzu. Z dala od dokumentów i komputerów.
Dzięki czemu mimowolnie poznałem imiona i nazwiska obojga oraz ich adresy zamieszkania nie mówiąc już o problemach, o których myśli się niechętnie a spowiedź w obecności osób postronnych jest wręcz poniżająca. Smiać się czy płakać ?
    Dziś nie pojechałem tam. I tak niczego bym nie załatwił. Wyślę im papiery pocztą. Złożę też podanie o rozłożenie na raty kwoty odsetek oraz anulowanie odsetek od odsetek. Nie wiem jeszcze jak to umotywuję. Muszę z tego zrobić jakiś hardkor bo nie przejdzie. Najgorsze, że do tego podania również muszę dołączyć dokumenty typu "ewidencja środków trwałych" (serio) firmy którą zamknąłem w ubiegłym WIEKU (sic!!!) a dokumentów tych według prawa trzymać nie mam juz obowiązku od lat trzech.
No zus się w kieszeni otwiera ! Nóż znaczy się...
I na dodatek cały czas nie wiem która godzina !!

    Kupiłem Ojcu komórkę. To znaczy sam numer kupiłem, bo aparatów u mnie w bród. Zainstalowałem mu wszystko jak Pan Bóg przykazał i teraz już tylko trzeba odczekać ze 2-3 lata aż się nauczy korzystać. Dobrze że numer łatwy.
- Tatuś ? co było w 1849 roku ?
- Wiosna Ludów na przykład, a co ? - (co historyk to historyk)
- No ! To masz numer "pięć -Wiosna Ludów - koniec Pierwszej Wojny Światowej".
Zapamiętał od razu !
Zadzwoniłem kontrolnie jakiś czas później. Nie odebrał. Raz, drugi, trzeci... Chyba muszę dzwonić na stacjonarny z informacją, że będę dzwonił na komórkę...

    Właściwie powoli już szykuję się do wyjazdu. Kupiłem czasopismo o tematyce foto oraz książkę Kapuścińskiego.
Ja wiem, że Kapuściński swego czasu był "na czasie" ale (chyba z wrodzonej przekory) mnie tacy "na czasie" nie interesują. Teraz dojrzałem do niego - teraz kupiłem. Swoją drogą chyba Kapuściński nadal jest "na czasie". Sorry ale nie chciało mi się dłużej czekać. Kupiłem "Lapidaria IV-VI" i co ? W środku piękna blogowa forma :) Miło się czyta.
Na lotnisku dokupiłem "Jeszcze dzień życia" powyższego autora.  Z domu wziąłem zaś "Zatoka Gdańska 1945" o ewakuacji Niemców z Pomorza i wygląda na to, że mam lekturę na jakiś czas.

    Lot przebiegł w miarę przyjemnie nie licząc Polaka, który nie wytrzymał i otworzył "ćwiarę" na wysokości 10 kilometrów.
Autokarem zahaczając o największe atrakcje Londynu zjechałem do centrum potem metro i ta-daaa - byłem w domu

Tyle przekazu do następnego razu.
Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

I've found my way home

środa, 12 marca 2008 19:24
Sponsorem dzisiejszej notki jest Jon & Vangelis "I'll find my way home"

Zaakceptowali nas w pubie. Tak myślę...
Kiedys późnym wieczorem po naszym wyjściu rozległ się okrzyk radości a teraz naturalizowana indianka (wschodnia) podała nam popielniczkę a dziewczę o wyglądzie Sophie Ellis Baxtor mrugnęło okiem.
Pomimo powszechnego zakazu palenia w tego typu miejscach dostaliśmy ciche na to przyzwolenie.  
Pub sam w sobie jest z lekka nietypowy. Nazywa sie "Windmill" a prowadzi go Amerykanin, były informatyk. W środku jak to w środku. Przytulnie jak w domu, tyle że na półce stoją książki o tematyce komputerowej. A reszta normalnie. Stoliki, dywany, kupa zdjęć z imprez i tarcza do lotek co cieszy nas najbardziej ! Mi również podobają się grubo ciosane i smołowane (lub stylizowane) belki pod  sufitem. Taki tam szczegół a wygląda ładnie. Jest też szafa grająca z normalną muzą rodem z XFM. Od The Jam przez Sex Pistols po ostatnie Kaiser Chiefs.

Po wizycie w pubie kebabik i do domu.
Po dwóch godzinach czując nadal smak sosu czosnkowego siedziałem w nocnym autobusie lini N9 zmierzającym na wschód.
Zanim jednak przyjechał musiałem wysłuchiwać żalów pewnego dwudziestokilkulatka na temat jego dziewczyny, która nota bene stała sto jardów dalej. Napisał bym normalnie metrów ale, że jard ma około 0.9 metra i jesteśmy a UK więc piszę jardów bo to i tak jeden pies.
No i kolo pytał się mnie co chwila czy to ona bo z tej odległości nie widzi. Nic dziwnego, choć nie, właściwie powinien widzieć ich dwie albo cztery. Tak był wstawiony.
W autobusie na przeciw mnie usiadł dziadek który momentalnie zasnął (było w końcu przed trzecią w nocy) i zaczął się zsuwać z siedzenia. Nie wiedziałem czy on tak po prostu sobie zjeżdża czy może na serio SCHODZI. Przypomniała mi się scena z "Dnia świstaka" jak Bill Murray próbował ratować starego bezdomnego.
Na szczęście dziadek ocknął się i po prostu wysiadł.

Na Hyde Park Corner, ciągle czując sos czosnkowy, wysiadłem i ja.
Trochę sie pokręciłem po okolicy aż w końcu trafiłem na właściwy przystanek. Kierunek Victoria.
Na Victorii próbowałem odnaleźć zajezdnię autobusową ale z marnym skutkiem. Dopiero po kilunastu minutach kręcenia się jak za przeproszeniem "gówno w przerębli" spotkałem strażniczkę miejską która pokierowała mnie w stronę przystanków. Zastanawiając się co robi Strażniczka Miejska sama o 3-ciej nad ranem dotarłem do rzędu przystanków. Po drodze minąłem zajezdnię ale do przystanków było bliżej.
Wsiadłem do innego autobusu niż zwykle, za który zapłaciłem mniej niż zwykle, który przewiózł mnie po najładniejszych miejscach w Londynie, które to z kolei wyglądają w nocy ładniej niż zwykle i...obudziłem się na Stansted.

Na lotnisku to samo co zawsze.
Dziwoląg próbujący się wepchnąć bez kolejki i równie dziwna kobieta opowiadająca, że w Liverpool samolot jej uciekł i że to pierwszy taki raz w historii lotnictwa ! Skandal i takie tam.
Nadal czując w ustach smak sosu czosnkowego wsiadłem do samolotu lini Rajaner, zwaliłem się na najbliższe siedzenie i śpiąc-nieśpiąc doleciałem do Gdańska.
Walizka, o dziwo, wyjechała wcześniej (niż zwykle) złapałem więc jej koniec i zawlokłem do taksówki. 62 złote polskie i to po deklaracji, że nie mam więcej :) (zdziercy !) i byłem w domu. Uff.

A w domu jak to w domu. Fajnie ale i też nostalgicznie trochę.

"diabeł co go w sercu kazdy nosi to tylko chmura
smutek co go w sercu kazdy nosi to tylko chmura..."

Na TVP Kultura o 1:00 w nocy "Guzikowcy"
poczekam, warto
Podziel się

komentarze (1) | dodaj komentarz

Gdyby ułan jeździł Aston Martinem

czwartek, 06 marca 2008 23:20
Dzisiaj porozmawiamy o fantańskiej ułazji Polaków.
SŁOWO HONORU że mi się tak napisało :D
Oczywiście chodzi o ułańską fantazję. Za tym idą niestety zwolnienia z pracy
Później będzie trochę o samochodzie Jakuba Więzowskiego (czyli na wyspie potocznie Jamesa Bonda) a jeszcze później o dziwnych telefonach w środku dnia a jeszcze później o czymś o czym zapomniałem teraz ale może mi się przypomni później.

No to przypadek pierwszy ułana.
Dawno miałem o tym napisać bo mnie gość rozwalił ale jakoś zapominałem.
Kolegę tego znam od dość dawna (w skali tutejszej) i wiedziałem że jest taki trochę fafarafa ale żeby tak na oczach wszystkich ??? :O
Dobra robie jakieś dziwne opisy a sytuacja może tego warta nie jest więc do rzeczy.
Nie chodzi o żadne negliże czy balansowanie na krawędzi dachu.
Koleś był kierowcą w bratniej firmie. Jeździł busem z lotniska i na lotnisko wożąc klientów. I raz jak jak się przejechał to klienci wysiedli siwi podobno ! Trasa na Heathrow z tamtej firmy zajmuje około 12 minut tempem maksymalnym czyli takim na granicach prawa drogowego.
Koleś zrobił tą trasę w niecałe 6 minut (jakiś klient mierzył) Gadał non stop przez telefon i jarał papierosa. Dodam że nie była to spokojna rozmowa, bo rzucał "kurwami" na lewo i prawo a gęsty nikotynowo-smolisty dym wypełnił całe wnętrze busa.
Efekt. Zwolniony natychmiast.

Drugi ułan wziął sobie auto z wypożyczalni dla której pracował na przeprowadzkę. Wział nie pytając nikogo. Wrócił nim, wyjechał jeszcze raz i wtedy go przyuważyli.
3 telefony i efekt podobny jak u kolegi powyżej.

I wiecie co ?
Nie uważam w sumie takiego zachowania jako głupie. Tzn jest może i głupie ale ma swoje podłoże. Raczej jest smutne.
Obaj mieli dość pracy za "takie" pieniądze w "takim" charakterze.
Zrezygnować z pracy jest nierozsądnie więc obaj zrobili COŚ, żeby ich w tym wyręczono.
Taki mechanizm obronny...a może chęć zrzucenia winy na kogoś. Nie wiem. Co o tym myślicie ?

Tera cicho !!! (jak mawiał Daniec)
Napiszę o Aston Martinie - samochodzie Bonda
Może nie tak do końca jego bo on jeździł nowszym ale mi dane było się przejechać modelem DB7
Dżizas !! O mało się nie zeszczałem. Na prawdę przepraszam za słownictwo (tych co wrażliwszych) ale "zesikałem się" nie oddało by w pełni sytuacji.
Tak pięknego dźwięku silnika podczas przyspieszania nie słyszałem nigdy w życiu. Pomijam fakt, że jazda przypomina ślizg. Słowo byłego ministranta: ten silnik gwizdał jak odrzutowy !!

Dobra teraz o telefonach
Stałem na przystanku a często mi się to zdarza raczej. Czyli w sumie nic nadzwyczajnego.
No dobra ale stoje, stoje...stoje sobie mijają mnie autobusy różne. Nie moje (żaden nie jest mój ale, wiecie, tak się mówi...) stoję dalej...aż tu nagle telefon !!
I koleś gada po angielsku do mnie !! Zestresowałem się bo straszny hałas od ulicy i zamiast nazwy firmy usłyszałem "THAMES WATER"
To się go pytam czy z "THAMES WATER" ??? a on: "WHAAATT ???"
To jak nie z Thames Water to musi być z agencji pracy "memory fajf, Siara i wszystko jasne"
Powiedziałem mu żeby zadzwonił jutro bo nie mogę rozmawiać w takich okolicznościach przyrody.
"No problem" usłyszałem i tym samym stres odłożyłem na jutro
Ale wiecie co jest ciekawe ? Pierwszy raz zadzwonił do mnie ktoś z agencji ! Po tym jak zarejestrowałem się na kilku portalach z uwzględnieniem kursu autocada, który właśnie kończę.
A może się uda znaleźć lepszą (czytaj lepiej płatną) pracę ? Nie będę się za bardzo jarał tym bo później nici z tego.
Boję się trochę, że jutro stres weźmie górę i polegnę na angielskim :\
Zobaczymy z resztą. Jak ktoś raz zadzwonił to ktoś inny pewnie zadzwoni znowu. A ja już będę bogatszy o doświadczenie ;)

A teraz trochę smutno:
Jak pewnie już wiecie zmarł Holoubek. Szkoda gościa jak nie wiem co. Chyba największe wrażenie zrobił na mnie w filmie "Prawo i pięść" Hoffmana. To chyba jeden z ważniejszych dla mnie filmów okresu Szkoły Polskiej. Niestety jak wynika z artykułów "pośmiertnych" niewielu o tym filmie pamięta. Z tego filmu pochodzi ballada "Nim wstanie dzień". Chyba śpiewana przez E.Fettinga - nie jestem pewien.
Dobra ale się zapędziłem
Kiedyś chyba osobną notkę poświęce filmom Szkoły Polskiej bo jak nic warte są przypomnienia.
No sentyment mam :)
Każdy ma jakiś

PS: właśnie podejrzałem, że tekst do "Nim wstanie dzień" napisała Osiecka.
A któżby inny...

Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  1 164 088  

I znowu mamy:

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Koń jaki jest każdy widzi...

Mam 37 lat - to całkiem nieżle jak na mój wiek
Mam kilka nałogów i cały czas szukam następnych ;)
Nie handluję komentarzami a już wogóle komciami (chyba, że za fajki)
Ale reklama, nie ma co...

Główny Urząd Statystyczny informuje:

Odwiedziny: 1164088
Wpisy
  • liczba: 354
  • komentarze: 3253
Bloog istnieje od: 4185 dni
Locations of visitors to this page