Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 348 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

The Party

środa, 28 lutego 2007 18:23
Sponsorem dzisiejszej notki jest The Party, reż Blake Edwards.
Klipu nie ma jest opis: http://www.filmweb.pl/Przyj%c4%99cie+1968+opisy,FilmDescriptions,id=8964

To był ryzykowny krok.
Liczyłem jednak na wolny umysł Lateefa. (wolny w sensie pozbawiony ograniczeń - wiadomo).
Trzy słowa o Lateefie bo to ciekawa postać.
Ciapaty. Pakistańczyk z Punjabu. Lat około 37 z tego 35 mieszka w Londynie. Rozmawia po ichniemu ale nie tak swobodnie jak inni (sam przyznaje). Za to jego angielski niczym nie różni się od języka białych angoli. Oczytany i z dużym poczuciem humoru.
Na moje pytanie jaki kierunek studiów skończył odpowiedział, że studiował jedynie na "Uniwersytecie Życia" :)
Bardzo pomaga mi w języku, zwłaszcza w niuansach typu: czym różnią się w wymowie "stare", "stair" i "stir". Mamy sporo czasu na dyskusje ponieważ gdy ja kończę swoje obowiązki (i zostaje mi jeszcze 4 godziny do końca pracy) on przychodzi na nocną zmianę. Z reguły puszcza mnie wolno na 1,5 godziny przed końcem ale aż żal wychodzić :)
Nagrałem mu kilka moich ulubionych filmów na DVD. Między innymi "The Party" gdzie głównym bohaterem jest ciapaty (właściwie Peter Sellers ucharakteryzowany na ciapatego). I nie oszukujmy się James Bond to to nie jest. Odsyłam do opisu  filmu ;)
No a krok był ryzykowny dlatego, że bałem się o właściwy odbiór postaci.
Na szczęście Lateef odebrał to odpowiednio. Nie dość, że się nie obraził to na dodatek puszcza film wszystkim ciapatym w firmie :) Dzisiaj oglądałem go (po raz któryśnasty) z kolejnymi przedstawicielami gatunku.
I ku mojemu zdziwieniu (ale i zadowoleniu) śmieją się do rozpuku. I dobrze bo film jest nieprzeciętny.

W przygotowaniu mam "Chłopaki nie płaczą" z angielskimi napisami :) Ciekaw jestem ich reakcji.

PS Chyba już kiedyś pisałem jak Albańcy (Albańcowie, Albańczycy - jak zwał tak zwał), u których mieszkamy suszą chodniczek z łazienki na wannie. Chodniczek nie ma łatwo, bardzo się męczy i schnie po pare dni. Kiedyś położyłem go na kaloryferze i wysechł w 2 godziny.
Chyba podpatrzyli bo od tej pory wieszają chodniczek na kaloryferze. Tylko dlaczego na zimnym ?
Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Abel

niedziela, 25 lutego 2007 22:42
Sponsorem dzisiejszej notki jest The National "Abel"
Klip: http://www.youtube.com/watch?v=LvM4T6BVX-g

A to dlatego że kawałek leci tak:

My mind's not right
My mind's not right
My mind's not right

Abel, come on, give me the keys, man
Everything has all gone down wrong




Kilka zdań wprowadzenia:

U mnie w "fabryce" parking podzielony jest na oznaczone rzędy 1-71 (nie ważne). W każdym rzędzie 1-71 (mówiłem, że to nie ważne) stoją samochody klientów. W biurze jest wielka szafa a właściwie dwie w których jest 71 plastikowych skrzyneczek, w których to leżakują klucze do samochodów. Jak nie trudno się domyśleć(ić) w skrzyneczce 42 są klucze do samochodów stojących w rzędzie 42.

Koniec wprowadzenia, cisza na planie. Akcja !

Wchodzę do biura i co widzę. Stoi przy szafie Rashid (Somalijczyk). Lewa ręka wyciągnięta w górze a prawa myszkuje po skrzynkach z kluczami.
Pytam więc czego szuka.
Mówi że klucza.
Jakiego klucza ?
Pokazuje mi klucz w lewej ręce i mówi: tego.
Ludzie ! Zgłupiałem w tym momencie !
Mówię mu: No przecież masz ten klucz to czego TAM szukasz.
A on mi odpowiada:
Nie wiem w której lini stoi samochód. Jak znajdę ten klucz w jakiejś skrzynce to będę wiedział gdzie jest zaparkowany.
To se wziąłem i zglupiałem po raz drugi.
Już mu chciałem tłumaczyć co robi nie tak kiedy wszedł supervisor. No to niech teraz on mu tłumaczy. Omal nie usiadłem kiedy zobaczyłem, że supervisor zaczyna szukać klucza razem z nim. Tego klucza który Rashid nadal ściskał kurczowo w lewej ręce.
Niemal wybiegłem z biura dusząc się ze śmiechu.
I wiecie co ?? OBAJ mieli mi za złe, że im nie pomogłem !!
Dzisiaj jest niedziela, minęło dwa dni od tego zdarzenia. Nadal nie mogę w to uwierzyć i dojść do siebie.

A tak poza tym to Rahmat nigdy nie słyszał nazwiska da Vinci i nie ma pojęcia kto to są Beatlesi. No dobra ale to jestem w stanie zrozumieć. Trudno mi to przychodzi ale umówmy się, że jestem w stanie... No inna kultura i w ogóle.
Ale ten klucz, no cholera, niemal mistyczne przeżycie...
Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wish Fulfilment

piątek, 23 lutego 2007 10:59
Sponsorem dzisiejszej notki jest Sonic Youth "Wish Fulfilment"
Klipu nie ma dzisiaj. Nie znalazłem.

Rahmat strajkuje !
Po zagubieniu kluczy weszło nowe zarządzenie dla naszej sekcji. Każdy pracownik biorąc samochód klienta musi zaznaczyć ten fakt w odpowiednim formularzu. Nic wielkiego. 10 sekund to zajmuje. Pakistańczykom nie spodobało się jednak, że muszą się podpisywać. Stwierdzili, że tym samym są odpowiedzialni za wszystko co znajduje się w samochodzie. Co ciekawe wcześniej podpisywali się na świstku dołączonym do kluczy i było wszystko ok.
Pytam więc: Czytaliście w ogóle to rozporządzenie ? Nie ma tam nic o odpowiedzialności za rzeczy pozostawione w aucie. Oczywiście nie czytali i nie mają zamiaru tego robić. Wiedzą lepiej. No i ok, machnąłem ręką, róbcie jak chcecie.
Stanęło na tym, że podpisywać się nie będą. STRAJK !
Syreny, pakistańskie flagi na budynku, w oknach nieogolone twarze, wzniosłe hasła w 2 językach. Na prawdę myślałem, że do tego dojdzie ;)
Minęły 3 (TRZY !) minuty.
Pierwsze pakistańskie podpisy znalazły się w formularzu. I to szybciej niż ja zdążlyłem wziąć klucze i potwierdzić to swoim podpisem.
Rahmat jednak poddał się tylko pozornie. Przeszedł do podziemia.
Za każdym razem Wsiadając do samochodu liczył i spisywał wszystko co było wewnątrz. Monety, płyty CD, części garderoby, karty tesco club, słodycze (sic!).  
Wyjaśniłem mu, że to co on robi nazywa się strajkiem włoskim. Wyraźnie go to zafascynowało. Poczuł pewnie solidarność i wsparcie ze strony milionów włochów. Tym żarliwiej więc kontynuował spis powszechny. Nadal to robi. Trochę mnie to wkurza bo traci czas. Swój i mój (muszę mu literować np: "bluetooth earphone"). No ale jego sprawa. Może się w tym spełnia. Nie mogę odmawiać mu prawa do szczęścia ;)

Mikrofala strikes again.
Kuchnia. Robię sobie kawę. Wchodzi Abdili (made in Somalia). Wstawia herbatę do mikrofali. Zamyka drzwiczki. wolno obraca głowę w moją stronę, cwany uśmiech na twarzy. Przekręca pokrętło czasu ze 140 minut. JEST ! SUKCES ! ZROZUMIELI !!! Ustawia na 10 minut. Precyzyjnie co do milimetra. Wyłącza mikrofale po 30 sekundach. No cóż, pewnie myśli, że na 10-tce lepiej grzeje. Program 10: Herbata. Poklepałem go tylko smutno po ramieniu i bez słowa wyszedłem.  

Cul-de-sac.
Tak czuję, że powoli nadchodzi czas na realizację pewnego starego marzenia które jeszcze rok temu było nierealne a teraz jest w zasięgu ręki (ręki o długości 300-400 km).
Chodzi o wizytę w pewnym miejscu na pograniczu Szkocji i Anglii. To miejsce można zobaczyć w nagłówku bloga albo w filmie Polańskiego pt. Matnia (Cul-de-sac). 
Potrzebuję na to: 3 dni wolnego i około 200 funtów. Z tym pierwszym problemu nie będzie. Z tym drugim zobaczymy, trochę się rozpuściłem z wydatkami i nie mogę przestać :).
Do prawdziwej, ciepłej wiosny jeszcze trochę czasu zostało. Może uzbieram ;)







Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Dancing in the Moonlight

wtorek, 20 lutego 2007 18:59
Sponsorem notki jest Thin Lizzy "Dancing in the Moonlight"
I powiem tak: Cover zagrany przez poniżej opisywany zespół był rewelacyjny a oryginał taki jakiś "do kotleta" ;)
Klip: http://www.youtube.com/watch?v=0_IffjHJ3yw

Weekend mnie wykończył.
Raz na jakiś czas się zdarza, że wolne wypada mi w tradycyjny weekend. W piątek jakoś tak nienaturalnie było nie pracować więc wziąłem nadgodziny w innym oddziale firmy. Dla odmiany pracują tam sami Polacy plus ciapaty - sztuk 1 i somalijczyk - sztuk 1. Polacy tez jacyś tacy bardziej angielscy więc było całkiem miło. Nastrój mi się udzielił więc nawet zagadywałem klientów w busie, efektem czego do mojej kieszeni wpłynęło 8 funtów napiwków. Ciekawy był zwłaszcza przypadek kolesia, który już pod terminalem cichutko i jakby nieśmiało oznajmił, że zapomniał paszportu z samochodu. To było zadanie dla Super-Drajwera ! Trochę poczarowałem przez radio dla zbudowania nastroju i ruszyliśmy z kopyta. Tylko tak ruszyliśmy bo później już jechałem normalnie. Od czasu do czasu potrąbiłem, raz wyprzedziłem gwałtownie (gwałtownie było tylko w bok bo do przodu te krowy nie chcą iść). Tak czy inaczej koleś widział, że robie co się da i udowodnił to serią pochwał i napiwkiem w odpowiedniej wysokości. I dlatego lubię spóźnialskich :).
Skończyłem o 21:30 zamiast o 23:00 i zostałem odwieziony (przez Polaka !) niemal pod tzw dom.

W sobotę nie działo się nic, bo dziać się nie musiało.
Dopiero pod wieczór narzuciłem paltocik i pojechałem do Hounslow do pubu gdyż...uwaga...Londyn został zaszczycony wizytą koleżanki ze świata równoległego (jednego z tych co mam po lewej stronie bloga (ale później mogę zmienić szablon i "światy równoległe" mogą znaleźć się po prawej )). Tak więc osobiście poznałem Magdę i Jej przyjaciół (przesympatycznych skądinąd). Pod koniec poznaliśmy również zespół "2MenTall". Duet grający covery (nawet Nirwanę !) - po mistrzowsku i z jajem ! Osobiście nas nawet zaprosili za dwa tygodnie, z czego jak wszystko dobrze pójdzie skorzystamy.
W drodze powrotnej oczywiście zdarzył się niewielki ciapaty incydent. Otóż ten Niewielki Incydent zaszedł nam drogę i po dłuższym spojrzeniu w oczy USTĄPIŁ ! Nie wiem co to było, próba sił czy może specyficzne powitanie na dzielni (podobno teraz mówi się "na rejonie").
Od Magdy dostałem niezwykle użyteczny irlandzki super prezent (!!!) i z tymże pod pachą udałem się w stronę nocnego (autobusu a nie sklepu). Niewielkiego Incydentu już nie było i bez przeszkód choć lekko "na czuja" trafiłem na przystanek.
W autobusie zaczepił mnie starszy pan w olbrzymich przeciwsłonecznych okularach (przypomnę - było około 2-giej w nocy). Jechał na lotnisko i bardzo ładnie mówił po angielsku. Znaczy akcent miał poprawny. Rozumiałem każde słowo ale jakoś nie mogłem poskładać tego do kupy. Udało mi się w końcu wyrwać z jego szponów i już dalej bez przygód (choć dwoma autobusami (nie ma mowy ! nie napiszę jakimi ! Skargi były !)) dotarłem do Albanian House.

W niedzielę, punkt dziewiąta, obudził mnie Zyga. W sumie dobrze bo mieliśmy jechać na Chiński Nowy Rok na "starówkę" ;)
Zrobiliśmy MEGADRINKA (all rights reserved), zapakowaliśmy go do plecaczka i ruszyliśmy do centrum. Oczywiście nie napiszę czym, wiadomo dlaczego MUNDEK !! Po wyjściu z busa tłum nas pognał w stronę smoka.



Smok łaził od drzwi do drzwi i w rytm bębna i czegośtamjeszcze tańczył. Później Grzesiu zauważył, że coś mu wędką z piętra spuszczają (temu smoku). Smoki właściwie były wszędzie. Część tych smoków (wg opisu na oficjalnej stronie imprezy) była tygrysami. Wybierając uliczki drogą losową (tak najlepiej) trafiliśmy na mały placyk z mini pagodą. Tam, w zapyziałej chińskiej knajpie zjedliśmy prawdziwy chiński ryż z pieczoną kaczką i jakąś sajgonką. Może nie była to rewelacja ale kebabów w Chinatown nie ma. Nieee no dobre było... Tak rozpoczęliśmy Rok Świni. Pod wpływem Megadrinka (all rights itd) ustaliliśmy, że następny rok będzie r Rokiem Jeża. I proszę nie pytajcie dlaczego...
Byliśmy w okolicach Muzeum Portretu więc weszliśmy doń. Po oddaniu naturze tego co jej (co jak co ale WC w centrum mam opracowane ;) rozpoczęliśmy zwiedzanie. Mnie głównie zainteresowały fotografie. Oj dużo jeszcze się muszę nauczyć ! Jeszcze w środku zacząłem nakręcać grzesia na Słoneczniki (van Gogha). Były dosłownie w muzeum za ścianą ! Trochę się opierał ale jak już wlazł do środka to musiałem na niego czekać przy wyjściu z każdej sali. I się nie dziwię, było na co popatrzeć. Byłem tam drugi raz i pewnie będe i trzeci. Grzesiu po wyjściu skwitował tą wizytę jednym zdaniem: "jedziemy do Luwru !" I pojechaliśmy...
Najpierw z National Gallery przeszliśmy na drugi brzeg tej rzeki co tam płynie obok i dotarliśmy do kartedry św Pawła skąd łapaliśmy już busy do tzw domu (do Luwru żaden nie jechał więc sobie odpuściliśmy ;). Już w muzeum zaczęto mnie nękać telefonami z firmy. Na mojej zmianie zgubiono klucze do samochodu i podejrzenie oczywiście padło na nas. Troche mnie to zestresowało. Moze właściwszym określeniem byłoby: zjebało mi to humor na resztę dnia. Na szczęscie na drugi dzień znaleziono zgubę w innym aucie na parkingu.

Wczoraj widziałem Chinola uprawiającego jogging. No i w sumie ok niech sobie pobiegają. Po brodzeniu po kolana w tych przydomowych poletkach ryżowych należy im się. Ale dlaczego biegł w kalesonach ?? Stałem na światłach i minął mnie taki jeden. No przysięgam myślałem, że jest w cieniutkim dresie ale w spodniach miał rozporek. Tak charakterystyczny dla męskich kalesonów...
Bez freaków świat byłby nudny.
Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

Hit The Road Jack

czwartek, 15 lutego 2007 12:05
Sponsorem dzisiejszej notki jest Ray Charles "Hit The Road Jack"
Klip: http://www.youtube.com/watch?v=Q8Tiz6INF7I

Dostałem nowe szaty w firmie. Zamowienie złożyłem 4 miesiące temu i dopiero teraz je zrealizowano. W skład mojego munduru weszły: koszule białe z logo (co zlogo to nie my ;), sweterek szary - fason żywcem z lat 70-tych, Kurtka zielona oczojebna oraz czarny polar. Polar przyszedł w rozmiarze XL. Bałem się, że będzie za mały ponieważ Chińska rozmiarówka jest nieprzewidywalna. Po przymierzeniu miałem mieszane uczucia. Nie trafiłem oczywiście w rozmiar ale za to teraz mam szlafrok ;)

Zepsułem kolejny samochód. Ech ta moja potrzeba poznania...Starsze Citroeny miały system pneumatycznego podnoszenia i opuszczania nadwozia w zależności od rodzaju nawierzchni. Nie byłbym sobą gdybym nie spróbował jak to działa. Pech chciał, że w tym aucie to nie działało. To znaczy przód podniósł się i tak już został a tył opadł i się obraził. Samochód po tym krótkim teście wyglądał jak startujący samolot. Zaparkowałem po cichutku i postanowiłem poczekać aż przód opadnie. W naturze znane są przypadki opadania rzeczy po pewnym czasie.
Minęło kilka dni...
Pewnego deszczowego poranka na parkingu pojawił się człowiek, który budząc powszechne zdziwienie otworzył bagażnik swojego samochodu wszedł do wewnątrz i zaczął skakać. Wyglądał jak szaman podczas rytualnego odpędzania złych mocy. Tylko ja jeden wiedziałem czemu miał służyć ten taniec i naprawdę trzymałem kciuki ! Na szczęście wspólnymi siłami (on skakaniem, ja kciukami) sprowadziliśmy samochód do poziomu. I całe szczęście bo już myślałem, że będzie rzeź. Gość jednak przyjął tą usterkę na klatę jak mężczyzna, nie poskarżył się w biurze (pewnie już sie to mu wcześniej zdarzało) i odjechał w nikomu nie znanym kierunku.

Kolejnego freaka widziałem
Ubrany tak że mi tylko oczy było widać szedłem w stronę przystanku. Była 5:20. Ciemno na dworzu (na polu - dla Krakusów) i mokro. W połowie drogi minęła mnie kobieta (wyglądała na trzeźwą) ubrana w koszulkę nocną na cieniutkich ramiączkach wpuszczoną w równie cieniutkie spodnie. Była na boso ! Szła w stronę stacji beznzynowej. Pewnie na zakupy bo chyba nie po paliwo.

Aha no i byłem w końcu w tym "muzeum lotnictwa ku**a jego mać" Muzeum lotnictwa juz zawsze będzie mi się kojarzyć z dialogiem Łazuki z Milowiczem w "Chłopaki nie płaczą". Dodam, że pierwszą gwiazdkę należy zastąpić literką "r" a drugą - "w".
Wracając do muzeum lotnictwa (K.J.M.). Droga zajęła mi około 3 godziny z króciutką przerwą na zakup elementów ubioru oraz plecaka. Nie będę pisał którędy jechałem i jakimi autobusami bo były skargi że i tak nie wiadomo o co chodzi.
Samo muzeum (L.K.J.M.) jak to muzeum (...). W sumie ciekawe ale nic specjalnego. Być może dlatego, że czymś podobnym juz się zachwyciłem w dwóch innych muzeach. Parę rzeczy zrobiło na mnie wrażenie. Wrak czegoś w rodzaju latającej fortecy wydobyty spod wody oraz Olbrzymie coś ze skrzydłami udostępnione do zwiedzania. Ogólnie w angielskich muzeach podoba mi się cała otoczka dookoła głównego zbioru. I tutaj na przykład, w hali poświęconej bitwie o Anglię idąc do głównego pomieszczenia z eksponatami najpierw minąłem angielską rodzinę na pikniku, później przeszedłem obok peronu dworca gdzie ewakuowano dzieci, następnie wszedłem do właśnie zbombardowanego miasta i po minięciu strażaków dostałem się do hali z samolotami. Wszystkie te scenki oczywiście miały formę Bożo-Narodzeniowych szopek z manekinami w skali 1:1 ale skutecznie uruchamiały wyobraźnię. Po tego typu wstępie zupełnie inaczej odbiera się całość. Warto było tam pojechać. Raz jednak wystarczy.
Droga powrotna - również 3 godziny. Tym razem byłem na to przygotowany i wyznaczyłem sobie postoje na obiad i inne rzeczy.

Brewers LaneFajnie tak sobie obrać na wstępie w miarę odległy cel następnie wsiąść do busa byle jakiego byle w tamtym kierunku i zmieniając busy na chybił-trafił pozwiedzać trochę Londyn z piętra doubledeckera (to te dwupiętrowe busy). Tym sposobem trafiłem przez przypadek na uliczkę Brewers Lane (fotka z lewej) w Richmond, która opisywana jest w przewodnikach,a której normalnie bym nie odwiedził. 
Innym razem wjechałem do takiego siedliska ciapatych że brakowało tylko słoni i krów z makijażem. Na dodatek w tym miejscu intuicja nakazała mi przesiadkę. O w mordę jak ja się głupio czułem błyskając swoją białą facjatą jak jakaś latarnia ! Albo jak kostka cukru w kawie. I śmieszno i straszno !

Cholera, znów się rozpisałem.
Nagle więc kończę bo idę do pracy.
Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  1 164 075  

I znowu mamy:

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Koń jaki jest każdy widzi...

Mam 37 lat - to całkiem nieżle jak na mój wiek
Mam kilka nałogów i cały czas szukam następnych ;)
Nie handluję komentarzami a już wogóle komciami (chyba, że za fajki)
Ale reklama, nie ma co...

Główny Urząd Statystyczny informuje:

Odwiedziny: 1164075
Wpisy
  • liczba: 354
  • komentarze: 3253
Bloog istnieje od: 4185 dni
Locations of visitors to this page