Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 350 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Witaj święty Mikołaju

piątek, 28 grudnia 2007 18:38
Święta święta i...kto je pamięta...
Ja trochę...
Zaniedbałem tym razem przyjaciół (sorry). Ostatnio wcale nie odwiedziłem rodziny więc tym razem mi nie darowali. Tym samym brakło (i jeszcze braknie) czasu aby spotkać się z wszystkimi znajomymi.
Wracając do rodziny. Pojechałem dzisiaj z Ojcem do Wujka mojego, kuzyna i najlepszego kumpla mojego Ojca. Mieliśmy uzupełniać drzewo genealogiczne nad którym pracuję od dłuższego czasu.
No i zaczęło się wspominanie. Jeden przez drugiego. Z biegiem czasu wszystko zaczęło się plątać. IM. Too much Herbata chyba ;) W końcu doszło do tego, że sam ich poprawiałem na podstawie ich poprzednich zeznań. Co spisałem jednak (a komp cierpliwy...) to moje. Idąc za ciosem poszukałem w necie, w serwisach genealogicznych i znalazłem ponad 250 emigrantów w USA. Dodam, że w Polsce ludzi noszących moje nazwisko jest tylko około 45-ciu. No więc tam wszyscy siedzicie !!! ...i ciśnienie mi zeszło...Mało tego ! w Middlesex tam gdzie teraz mieszkam jeszcze przed wojną było ze 40-tu. To co ? Teraz idąc ulicą pewnie powinienem mówić good morning ciociu, good morning wujku !
Również możecie odnaleźć swoją rodzinę (tak jak ja) na Litwie, Węgrzech, we Włoszech, Meksyku i na Filipinach (sic!) za jedyne 13 dolców miesięcznie.
A skąd ten mój holenderski akcent ?? Jak śladu po moich tam nie ma ? Kto wie ? Może przodkowie się przetrenowali planując podróż z Rotterdamu...
No nic to
Sylwester się zbliża, nadchodzi wielkimi krokami, nadbiega wręcz.
Cza (tak se drugi raz przeczytalem to "cza" i pomyslałem, że pomyślicie, że to "cza" to literówka od "CZAS" otóż NIE moi drodzy ! to jest zortografszczenie od staropolskiego "TRZA" czyli "TRZEBA") się pakować, wałówę szykować i popitki.
Cholera po zakupy cza (oo i znowu !) iść !!
To idę !

Wróciłem
Wiecie co ?
Widzieliście kiedyś serial albo film pełnometrażowy zatytuowany "Pitbull" ?
Według mnie jeden z najlepszych polskich filmów sensacyjnych/kryminalnych ostatnich czasów ! Marcin Dorociński, który do tej pory był jakiś taki ciapowaty dla mnie teraz bije na głowę czołowkę polskich aktorów ! Do tego Andrzej Grabowski (po Kiepskich taka zmiana wizerunku to majstersztyk, dlaczego ? a dlatego, że myślałem, że on już do końca kariery będzie kojarzony przeze mnie z Ferdkiem, dzięki Bogu się myliłem). Krzysztof Stroiński jako zalkoholizowany funkcjonariusz i Janusz Gajos to legendy same w sobie. Trochę odbiega Rafał Mohr ale on młody jest i szansę jeszcze dostanie. Pozostali wymienieni panowie powalili mnie jakiś czas temu i niezmiernie się ucieszyłem widząc wczoraj odcinek 12-ty Pitbulla. Pierwotnie serial miał odcinków cztery. Mam nadzieję, że poziom utrzyma.
W miarę dobrze oglądało mi się "Twarzą w twarz" czy "Oficerowie" (mogłem pomylić tytuły) ale ten serial to jakby inna klasa.
Idę spać

Zzzz.....
Hrrrr.....
Znowu Zzzzz...

Wstałem
Ale mi się śniły bzdury ! Spadające hurtowo samoloty, dyktanda z polskiego i stacje metra.

Teraz gotuję fasolkę po bretońsku...
"You know how to do it, you know how to do it, agaaaain"
Właśnie leci Salmon Dance z ostatniej płyty chemikali no i proszę jak pasuje :)
Na prawdę nie chciałem tej fasolki. Ojciec się uparł. Ja twierdziłem, że mamy full żarcia, po co jeszcze fasolka. Ojciec przyniósł fasolę. Mówię, żeby nie bo bez sensu. Ojciec namoczył fasolę.
Dzisiaj Ojciec się pyta co ma robić na obiad w Nowy Rok.
Mamy fasolkę przecież !
No tak ale ja jakoś nie mam ochoty...
AARGHHH
Hmm. Wezmę na sylwestra...
A wyjeżdzamy jutro.
Tadaaa
Wszystkiego najlepszego znowu !

Z ostatniej chwili:
Ojciec będzie piekł kaczkę...
Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Podróże Baltazara Gąbki

poniedziałek, 24 grudnia 2007 15:01
Ależ to był trudny dzień, i noc właściwie albo przede wszystkim i następny dzień również.

Wyjechaliśmy o 11 z minutami. Zaraz po przybyciu moich znajomych z Leicester, którzy jechali z nami.
Był problem, nie powiem był drobny, z zapakowaniem się do auta. Leicesterzanie stanęli na wysokości zadania i mieli 2 niewielkie torby. Naszych bambetli było nieco więcej. Zapakowaliśmy się na styk, łącznie z jabłkami na tylnej szybie auta i ruszyliśmy w drogę.
170 milometrów przez Anglię i byliśmy w Dover. Wjeżdżając nie obyło się bez ochów i achów. Na prawdę piękne widoki. Z terminala portowego również. Zaokrętowaliśmy się nieco wcześniej. Prom zabukowany był na piętnastą z minutami a odpłynęliśmy za piętnaście pierwsza. Taki tam myk.



Paszportów nam nie sprawdzali bo chyba nie wyglądaliśmy na muzułmanów. A na promie jak to na promie. Banda emerytów z autokarów rzuciła się na bistro a Polacy na sklep z alkoholem i fajkami. Alkohol w cenie normalnej ale za to fajki dużo tańsze jak zauważyłem.
Wylądowaliśmy na francuskiej ziemi i prosto z promu wjechaliśmy na autostradę. Mineliśmy dość szybko zaniedbaną Francję i wjechaliśmy do Belgii. Tam sceneria jak z dzieł Petera Bruegela Starszego. Nie to, że tak malowniczo tylko na maksa rolniczo. Tylko Ikara brakowało a raczej jego nogi z wody jeśli wiecie o czym mówię. Razem z Belgią skończyło się światło. Cała fakin Holandia ciemna na maksa. W tym mniej więcej momencie przestałem cokolwiek widzieć na drodze. Przeszło wraz z umyciem świateł. Normalnie była skorupa brudu.
Z Holandii wjechaliśmy do Niemiec. Tam właściwie poczułem się prawie jak w domu. Jeździłem tą trasą kilka razy. Mijając Hannover właściwie już zakładałem kapcie. Niestety rzut oka na GPS i pozostałe 500 km powstrzymało mnie skutecznie. Ale i tak było to bliżej niż dalej.
Drogi na całe szczęście czarne choć kilka razy nie byłem pewien nawierzchni. Właściwie cały czas nie byłem jej pewien. Wiecie jak to jest jak jest lekko poniżej zera. Niby asfalt rozjeżdżony i podgrzany za dnia ale nie wiadomo czy mróz gdzieś tam nie ścina wody. Jechałem więc ostrożnie 100-120 km/h czyli nawet poniżej limitu. Wyprzedzali mnie a czasem nawet trąbili ale miałem ich serdecznie w dupie. Wiecie jak przyjemnie mieć na kogoś zlewkę ? Spróbujcie na prawdę fajne uczucie.
Tak jak pisała Cho. Belgowie to chamy na drogach. Kultura jazdy wielce różni się od kultury angierlskiej czy nawet polskiej. Jeden z tych "mistrzów kierownicy" jechał za mną 10 min mrugając światłami i zajeżdżając z różnych stron. Dodam, że jechałem pustą 3 pasmową autostradą, środkowym pasem. Oba, ten z lewej i ten z prawej były puściutkie jak portfel emeryta. Szybkość mieliśmy w ramach rozsądku - coś koło 110. W końcu odechciało mu się jechać za nami i wyprzedził nas trąbiąc.
Zatrzymaliśmy się na tankowanie już w Niemczech. I tutaj niespodzianka. Terminal nie przyjął mojej karty kredytowej. Wielki afront z jego strony ale cóż pewnie to wina wydającego kartę. Zapłaciłem normalną debetową.
Dodam, że kasjerka była Polką. Później na prawdę byłem rozczarowany gdy gdzieś w byłym DDR za kasą stał niemiec.
Zbliżając się do polskiej granicy poprawiała się pogoda. Nie widać było mrozu ani szadzi na poboczach. Tuż przed granicą jakieś coś w rodzaju sniegu padało na reflektory. Jednak tylko na tej wysokości. Szyba pozostała czysta. Zwolniłem jednak znacznie.
Granicę z Polską przejechaliśmy 50 km/h berz żadnych problemów. Właściwie to oprócz podróżnych nie było tam żywej duszy. Dzień wcześniej weszliśmy do strefy Schengen.
No i oczywiście zaczęło się. Jednopasmówka i asfalt się świecił. Jechałem 70-90 km/h. Do pokonania w Polsce, mieliśmy 170 km. Były to najdłuższe kilometry w całej podróży. Ciemno było i ślisko a po kilkunastu godzinach jazdy prowadzi się średnio.
Dojechaliśmy do Poznania cali i zdrowi jednak. Pociąg jak się okazało miałem o 9:00 czyli zostało nieco poniżej 2 godzin.
Kupiłem 1-szą klasę, wwaliłem się do przedziału emerytów i jakoś przemęczyłem te 5 godzin. Moi współpasażerowie, którzy wracali do Gdyni zajęli miejsca w przedziale dla palących i próbowali mnie tam ściągnąć. Podziękowałem serdecznie.
Z dworca w Gdańsku wziąłem taksówkę. Jak zwykle trafił mi się żartowniś. Bagaży nie mogłem wrzucić do bagażnika bo miał tam choinkę. Za kurs chciał w funtach albo w euro. Takie żarty ale ja nie byłem w nastroju niestety.
Do domu wszedłem koło 15:00 po 27 godzinach podróży wliczając zmianę czasu.
Najdłuższa podróż mojego życia.

I co teraz ? Siedzę sobie i popijam coś tam.
Zaraz trzeba przygotowywać wigilię i w ogóle jakoś do tych świąt się przygotgować.
I z tej okazji Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku życzę i tak dalej i tak dalej. Dużo kasy i tak dalej i tak dalej.
I mam prośbę małą
Jeśli odwiedziłeś/aś tego bloga więcej niż raz albo masz taki zamiar. Napisz w komentarzu chociaż "Dzięki i nawzajem" ;)
Chciałbym wiedzieć ile stałych ludzi tu zagląda. Taki mały prezent na gwiazdkę :)
Pozdrawiam

PS To "na wzajem" jest bardzo ważne ! Wiecie, chodzi o tą kasę ;)
Podziel się

komentarze (25) | dodaj komentarz

Z życia parkingu

czwartek, 20 grudnia 2007 17:50
Parenaście dni temu w pracy mojej był wypadek. Obyło się bez ofiar w ludziach czego nie można powiedzieć o sprzęcie. Jeden taki Pakol co mnie irytuje (ten co chciał zestrzeliwać samoloty) cofał (dość szybko) i wyrżnął hakiem w bok auta, które prowadził Hindus. Wgniótł do środka drzwi i próg. Na prawdę nieźle musiał uderzyć. Nowy Nissan X-Trail. No szkoda auta.
I teraz słuchajcie !
Klientka kiedy się dowiedziała i zobaczyła w jakim stanie jest jest ulubiony (zapewne) samochód. Podeszła do lady i nawet nie miała siły krzyczeć. Po prostu rozpłakała się. Mój (też pakistański - a jakże) kolega Ram stojąc na przeciwko niej nie wytrzymał emocjonalnie, w ogóle wziął to wszystko bardzo do siebie i...TEŻ SIĘ ROZPŁAKAŁ ! I stali tak na przeciwko siebie i płakali...
Ja rozumiem tą kobietę, trudno się dziwić, ale Ram ?? Nie wiedziałem, że to chodząca empatia.
No stał i łzy mu ciekły !!

Dobra tam, dalej...
Dziś, między szóstą a siódmą rano zatrzasnęły się kluczyki w aucie. Same oczywiście się nie zatrzasnęły. Pomogła im niewidzialna ręka. Niewidzialna somalijska ręka...
Klientka wkurzona, wraca do dzieci z dalekiej Australi albo skądśtam a tu auto sprawne, chodzi nagrzane ale wleźć do niego ni da rady. Aha nie napisałem, że niewidzialna ręka najpierw odpaliła silnik a dopiero potem zatrzasneła kluczyki.
Samochód chodzil 9 godzin póki Andy nie przywiózł z Cardiff zapasowych kluczyków od właścicielki jednocześnie zawożąc ją do domu. Samochód właśnie do niej jedzie.
Miałem jechać ja i nawet bardzo chciałem ale po rozważeniu za i przeciw postanowiłem iść do domu. Dużo rzeczy muszę zrobić przed wyjazdem do PL.
Mówiłem, że jadę do PL ? Nie ? No to jadę.
W sobotę rano wyjazd. Nie będzie to łatwa droga bo autem i to tylko do Poznania. Stamtąd muszę łapać pociąg do Gdańska.
A w związku z urlopem dzisiaj udało mi się
a) Oddać tajmszit z nagodzinami do wypłaty
b) przebukować urlop
c) załatwić miejsce parkingowe jednemu takiemu polakowi co sprzedaje "german food". frankurters, frikadelen i takie tam inne. A co tam, jak można pomóc rodakowi to czemu nie. Żeby później nie mówili "Polak Polakowi Polakiem"

No i szkoda tego Cardiff, ale może będzie jeszcze okazja...

I tak mi się przypomniało.
Jechałem ostatnio rano (przed szóstą) autobusem do pracy i na jednym z przystanków wsiadł człowiek z takim zwykłym kubkiem z duralexu. W kubku była kawa i jeszcze parowała. Nie zdążył czy jak ?
To tak, krótko dzisiaj bom zajęty.
Mam nadzieję, że w domu (tym prawdziwym) uruchomię/uruchomią mi net i sobie "pożyczymy"

to do zoba i żółwik

Aha ! Zamówiłem w HMV, Amazonie, Noweli i Empiku parę rzeczy w tym prezenty. i Co ?
HMV mnie olało, w Noweli przez 3 dni szukali sprzedawcy, który zajmie się moim zamówieniem, Z Amazona w ogóle milczą a Empik ściemnia i zmienia daty realizacji zamówienia. I żeby to były jakieś fakin' frikadelen ! To zwykłe książki są i płyty. Nawet w miarę popularne. E do dupy...w tym roku Mikołaj  ma zlewe na grzecznych dorosłych. (hmm jestem już dorosły ! ależ to szybko minęło!)

Aha i jeszcze jedno. W tym roku w Londynie drogowcy zaskoczyli zimę ! Posypali solą chodniki w wieczór poprzedzający przymrozek.
Czy to kurfa takie trudne ?? Czy u nas tak nie można ?
Zamiast tego pewnie znowu usłyszymy wiadomość "Piaskarki nie wyjechały z powodu gołoledzi".

teraz już żółwik na serio, pa
Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Działania z zaskoczenia

sobota, 15 grudnia 2007 19:14
Jakoś tak ostatnio ludzie mnie zaskakują. Na wesoło - na szczęście...

Dawno już chciałem napisać o moim akcencie. Jakoś zawsze zapominałem.
Otórz akcent mam...nie zgadniecie jaki... Kurna HOLENDERSKI !! Co rusz ktoś się mnie pyta czy jestem Holendrem. I wcale nie myli Holland z Poland. Poza tym Polak to Polish albo Pole a holender to ani nie Holish ani tym bardziej Hole. Holender to Dutch i prędzej się go pomyli z kaczką niż z Polakiem.
Ostatnio jednak zdębiałem. Gdybym nie siedział za kierownicą to bym stanął jak wryty. Klient zapytał mnie:
Czy jesteś z RPA ?
(Taa kurna, z dziada pradziada... - tak sobie pomyślałem)
a klientowi odpowiedziałem
Nie, z Polski, ale to było niezłe !
Pośmialiśmy się trochę obaj a później sobie przypomniałem co ? no co ? :)
W RPA przecież od wieków siedzieli holendrzy. Później doczytałem, że afrikaans - jeden z urzędowych języków RPA w 90% pochodzi od holenderskiego.
I wszystko jasne :)
I tak se rozmyślam i jeżdże i gadam z tym holenderskim akcentem a w życiu nie byłem w Holandii. Ki czort ?

Drugi klient też był niezły. Wcisnął mi w rękę napiwek, uścisnął łapę i zapytał:
- Wiesz za co ?
Pomogłem mu z bagażami ale to raczej naturalne więc odpowiedziałem:
- Nie wiem...
- Za to że się uśmiechasz.
Pierwsza myśl: PEDAŁ (wiem, że powinienem pomyśleć: GEJ bo pedał to raczej niemiłe określenie ale wychowałem się w czasach gdy nie było gejów tylko pedały więc automatycznie tak pomyślałem. Sam gdybym był pedałem tzn gejem wolałbym żeby nie mówiono na mnie pedał tylko właśnie gej. Nie jestem ani jednym ani drugim ale też nie mam zamiaru obrażać ani jednych ani drugich. Stąd ten trochę przydługi nawias.)
W każdym razie Facet tak powiedział, sam się uśmiechnął i poszedł do samochodu. Po chwili dołączyła do niego ŻONA, która nieświadomie położyła kres moim domysłom.
A druga myśl ? To chyba dobrze, że szczerze ryja do ludzi. Milsi są i w ogóle (i dają kasę ;P).
NLP mówi, że przychylność zyskuje się również przy spojrzeniu w oczy przy pierwszym kontakcie. Może i tak ale to już umyślna manipulacja :)

Patrick
To taki mój kolega z pracy. Pat ma 64 lata i w marcu odchodzi na emeryturę. Już kiedyś pisałem o nim. Odwoził mnie często do domu i wogóle przemiły starszy pan chociaż niezły jajcarz do tego. Ja rozwiązywałem jego problemy z komputerem wielokrotnie odwiedzając jego i jego żonę w domu. Nawiasem mówiąc Pat ma fajne hobby. Robi zegary. Wycina z drewna lub z pleksi zębatki wkłada to wszystko do akwarium, napędza wodą i zegar chodzi. To jeden z jego projektów.
I dzisiaj Pat przyniósł mi prezent na gwiazdkę ! Planszowe sudoku. Często rozwiązywałem w firmie i przyuważył. Skubany kupił, a gry planszowe w UK tanie nie są, i mi przyniósł. Ale niespodzianka !

Ten zaskoczył mnie najbardziej. Przywiozę mu coś z Polski. I nie będą to holenderskie tulipany.

Hmm a może zmienić nazwisko na "van der Baart" ?
Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Podróż sentymentalna

wtorek, 11 grudnia 2007 16:56
Tadaaa !!!
No i jestem :)
Dzisiaj oczywiście mam offa. Pogoda jak to zwykle bywa w mojego offa - przepiękna. Ani jednej chmurki :)
Na dzisiaj plan był taki:
Rano pojechać do Uxbridge na śniadanie do jednej takiej dobrej śniadaniodajni, miejsca mojego pierwszego "full english breakfast". Po śniadaniu zakupić spodnie dla Sz.P.Ojca bo mu się ulubione dżinsy kończą a tych innych nie nosi bo jakieś takie za szerokie. Może boi się, że zacznie rapować ? Później komis w Hayes - szukam obiektywu do mojej aparatki. Po Hayes Hounslow Central (Pany) (o masz !!! nie kupiłem papieru toaletowego !!!) (ale dlaczego mi się to przypomniało przy słowie "Pany" ??) Ok ale od początku tera.
Obudziłem się jak zwykle rano. Jak nie muszę to się chętnie budzę rano. A jak muszę to co prawda wstanę rano ale tracę wtedy sens życia. Sens życia powraca zazwyczaj koło dziewiątej przed południem.
Tym razem wstałem koło half seven czyli w pół do ósmej (za ch.pana nie mogę zapamiętać, że half seven to pół PO siódmej a nie pół DO siódmej - jakieś takie nielogiczne).

"Rano wstanę, twarz ogolę. Kto ja jestem ? Cienki Bolek !
uuuuuu cienkiii Boleeeek...."


Nie, to nie ta piosenka...
Jeszzce mi sie taka przypomniała o wstawaniu rano:

Cysorz to ma klawe życie
Oraz wyżywienie klawe!
Przede wszystkim już o świcie
Dają mu do łóżka kawę,
A do kawy jajecznicę,
A jak już podeżre zdrowo,
To przynoszą mu w lektyce
Bardzo fajną cysorzową.
Słychać bębny i fanfary,
Prezentują broń ułani:
- Posuń no się trochę, stary!
Mówi Najjaśniejsza Pani.
Potem ruch się robi w izbach,
Cysorz z łóżka wstaje letko,
Siada sobie w złoty zycbad,
Złotą goli się żyletką
I świeżutki, ogolony,
Rześko czując się i zdrowo
Wkłada ciepłe kalesony
I koszulkę flanelową.
A tu przyjemności same
Oraz niespodzianek wiele:
Przynoszą mu "Panoramę",
"WTK" i "Karuzelę",
"Filipinkę" i "Sportowca"
I skrapiają perfumami
I może grać w salonowca
z Marszałkiem i Ministrami.
Salonowiec sport to miły,
Lecz cesarska pupa - tabu!
On ich może z całej siły,
A oni go muszą słabo...
Po obiedzie złota cytra
Gra prześliczną melodyjkę,
Cysorz bierze z szafy litra
I odbija berłem szyjkę.
Sam popije - starej niańce
Da pociągnąć dla ochoty.
A kiedy już jest na bańce,
To wymyśla różne psoty
Potem ciotkę otruć każe
Albo cichcem zakłuć stryjca...
...dobrze, dobrze być cysorzem,
Choć to świnia i krwiopijca!

Ale to też nie o to chodzi :)
Chociaż muszę przyznać, że tekst ten zawsze należał do moich ulubionych.
No powiedzmy od 1987 roku kiedy go poznałem.
Ale do rzeczy Panie i Panowie...
Pojechałem na to śniadanie choć to godzina drogi od miejsca gdzie spędzam noce. Warto było. Przesiąknąłem tym tłuszczem kuchennym i później wstyd mi było waniać w sklepach ale warto było. Zamówiłem zestaw "B" to znaczy: jako sadzone, kiełbaska, bekon, fasolka, pieczarki i placki ziemniaczane. Zamiast placków mogłem zamówić frytki ale to chyba przegięcie na śniadanie...
Szybko potem zakupy w Uxbridge i autobusem lini 427 do Hillingdon do ziomala z Moreny (dzielnica Gdańska), który piastuje tam urząd fryzjera.
Miał offa !!
Jak mógł ?!?!
W autobusie oczywiście freak bo jakżeby inaczej. Tym razem był to murzyn grający na bongo. Uśmiechnąłem się szeroko a on się oduśmiechnął i wysiadłem.
Szybko Hayes, potem Hounslow Central (Pany) i wtedy zapomniałem kupić tego nieszczęsnego papieru...
Kupiłem jednak pare par spodni i bielizne, zrobiłem też drobne zakupy dla paszczy.
Za chwilę zrobię sobię tatara i zacznę oglądać Pachnidło bo wczoraj skończyłem książkę - nawet niezła. Później jak zwykle zmywanie a na deser trzeba odkurzyć chatę, poskładać pranie i wstawić nowe.
I jak to mówili w "Nie tylko dla orłów":

"Wiadomości z kraju:
- Aktualnie jest fatalnie
I z zagranicy...
- znaleziono murzyna w spódnicy."


Dzień jednak mozna zaliczyć do udanych. Chociaż jak to innym razem powiedzieli w "Nie tylko dla orłów":

"Nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca.
Powiem więcej:
Po nocy też nie trzeba drzeć mordy."



Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  1 164 114  

I znowu mamy:

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Koń jaki jest każdy widzi...

Mam 37 lat - to całkiem nieżle jak na mój wiek
Mam kilka nałogów i cały czas szukam następnych ;)
Nie handluję komentarzami a już wogóle komciami (chyba, że za fajki)
Ale reklama, nie ma co...

Główny Urząd Statystyczny informuje:

Odwiedziny: 1164114
Wpisy
  • liczba: 354
  • komentarze: 3253
Bloog istnieje od: 4185 dni
Locations of visitors to this page