Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 348 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Ślub

niedziela, 23 listopada 2008 20:40
Widziałem Sigur Rós na żywo !! :D
Dalej mnie trzyma ale jakby już czuję, ze mi się to śniło.
Słuchajcie. Co kupić 39-o letniej kuzynce, która wychodzi za mąż ? Czy wypada dać kasę w kopercie i kwiaty ? Jak to jest ? Jestem pewien, ze ma żelazko i frytkownicę a jej przyły mąż też biedny nie jest. Więc co się daje ? Moze jakąś dobrą (naprawdę dobrą) whisky, co ? Jak myślicie ?

Aha ! i najważniejsze !
Posłuchajcie tego, dla mnie rewelacja. A chłopaki są z Chiswick ! Jakieś 4 mile ode mnie
http://uk.youtube.com/watch?v=vVW0DIfn_MU
Niestety tylko link bo jakiś debil wyłączył mozliwość wrzucania klipów na inne strony.
To ja dziękuję na dziś.
Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

SIGUR RÓS

piątek, 21 listopada 2008 22:43
Powiem tak
Miałem gotową notkę na temat koncertu na którym byłem wczoraj. Jednym naciśnięciem jebanego klawisza straciłem wszystko. Był to koncert mojego życia i drugi raz tego tak nie opiszę jak za pierwszym razem. Pierdolony firefox dał dupy aż miło ! Nie można było się zapytać czy na prawdę chcę skasować dorobek ostatnich kilku godzin ?? Takie trudne ?? Nie sądzę. A WP mogłaby robić automatycznie jakieś kopie bezpieczeństwa co 15 minut. Też ciężko pomyśleć ? O sobie nie wspomnę bo zawsze robię te kopie a dziś tak gładziutko szło, że nie zrobiłem...i poszło. W pizdu.
Teraz napisze w skrócie bo pominąć tego wydarzenia też się nie da.
Czekałem na to wiele lat. Kiedy Sigur Ros pierwszy raz przyjechali do Polski to ja właśnie wyjechałem do UK. Potem byli w Wawie a ja tu. Wczoraj jakoś się zgraliśmy wreszcie w jednym miejscu. Bilet miałem kupiony od czerwca i plany układałem specjalnie pod ten koncert.
Poszedłem. 2 godziny w metrze plus autobus do Alexandra Palace
Odstałem godzinę w bezruchu i ciszy oraz następną godzinę kiedy grał support: "For a minor reflection" nota bene świetne.
Wreszcie zaczęli grać. Zaczęli jednym z moich ulubionych kawałków (svefn-g-englar) czym przyprawili mnie o dreszcze i pojawiły się trudności z oddychaniem. Mimo to uśmiech z twarzy nie schodził ani na minutę.




Nie pamiętam wszystkich tytułów - nie sposób. Głównie dlatego, że są po islandzku. Zagrali niemal wszystkie te ważniejsze dla mnie. Między innymi Haffsól, Hoppipola i Nyja Lagif. Emocjonalnym zwieńczeniem całości był utwór Seglópur




W momencie przejścia w energiczną część kawałka (około 50-ta sekunda) znad sceny poleciała ściana deszczu i padało do końca kawałka. Ale tylko na wąski obszar pomiędzy sceną a publicznością. Efekt niesamowity. Grali jak zza wodospadu. Późniejsze konfetti z różnych stron sali juz nie było tak efektowne choć podświetlone wyglądało nieziemsko. Dopiero miliony kawałeczków pociętej bibuły wydmuchanej  wielkimi dmuchawami  zza sceny wprost w publiczność z lekka dogoniło efekt deszczu. Jeśli ktoś pamięta z Gwiezdnych Wojen jak się wchodziło w nadprzestrzeń to te lecące we mnie konfetti bardzo to przypominało. I na dodatek silny wiatr od dmuchaw. Niesamowite.
Zobaczyłem na żywo Sigur Ros !
W domu byłem po pierwszej, w pracy przysypiałem i co z tego.
Zobaczyłem Sigur Rós na żywo !

PS Nadal jestem zły na tą notkę co to już nie wróci ale trochę mi przeszło. A jak komuś nie spodobał się mój język na początku to ja to pierdolę ;)

Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Madryt

poniedziałek, 17 listopada 2008 17:11
Jeszcze jestem w Madrycie. Siedze sobie w hotelowej kawiarence internetowej i czekam na samolot. Wlasciwie tyle sie wydarzylo, ze mam problem od czego zaczac. Mam rowniez problem z hiszpanska klawiatura bez polskich ogonkow. Za to sa inne znaki takie jak na przyklad "ñ" albo "Ç". Tylko na ch...mi one ;)
Ok 
Sroda:
Zachorowalem !! :) Tego nie bylo w planach !!
Czwartek:
Ciagle chory ale kuruje sie intensywnie. Nie wiem co bardziej pomaga Lemsip (taki Fervex) czy grzane piwo.
Piatek:
Czuje sie ogolnie lepiej.
Wrocilem z pracy, zrobilem co bylo do zrobienia i poszedlem spac
Sobota:
O godzinie mniej wiecej punkt druga budzik zainstalowany przez producenta w moim telefonie finskiego koncernu nakazal mi wstac.
Ciezko bylo ale manewr sie powiodl.
O trzeciej za pietnascie wskoczylem chyzo do auta i po okolo 40 minutach bylem na drugim koncu Londynu po M i D. Zapakowani ruszylismy w kierunku lotniska. I tutaj pojawila sie pierwsza przeszkoda. Autostrada M1 prowadzaca na lotnisko Luton byla zamknieta z powodu robot drogowych.
Zjechalismy jakos wczesniej i przez wsie i osady dotarlismy do miejsca przeznaczenia. Jak sie okazalo GPS wywiodl nas w pole a wlasciwie na autostrade (ta zamknieta). Mocno kombinujac, bo do startu samolotu zostaly 2 godziny, bladzac i zataczajac kola dotarlismy w koncu na parking, gdzie mielismy wczesniej zrobiona rezerwacje. I mielismy tylko 10 minut poslizgu ! 
A pozniej juz z gorki choc wszystko na styk. Koniec koncow zajelismy miejsca w samolocie. Kaszlac i smarkajac jakos znioslem lot, ktory w innych okolicznosciach bylby bardzo mily.
Hiszpania z samolotu wyglada przepieknie. W oddali gory pokryte sniegiem a pod nami plaski jak patelnia teren poryty wawozami, kotlinami czy innymi dolinami.
Wyladowalismy, odnalezlismy metro (po dlugiej wedrowce) i po dotarciu do celu doznalem szoku. Wylezlismy w samym centrum Madrytu, tuz pod naszym hotelem. Temperatura powietrza bardziej niz nieprzyzwoita (biorac pod uwage pore roku) a w gorze czysciutkie nie skazone najmniejsza chmurka niebo.


Po zrzuceniu bagazy ruszylismy na miasto. Probowalem rysowac trase na mapce ale po kilku godzinach "spaceru" juz nie bylem niczego pewien.




Na sam koniec dnia polezlismy do pubu. Tradycyjnego, irlandzkiego :)
Kwestia kilku chwil bylo zaprzyjaznienie sie z polowa sali. Spedzajac czas i pieniadze dotrwalismy do zamkniecia. Z lekka bladzac, dosc chwiejnym krokiem trafilismy w koncu do hotelu.
Niedziela:
Nie bede ukrywal, ze pobudka byla trudna. Wlasciwie to czulem sie jakby ktos mnie zagipsowal. Lacznie z gardlem. Na stoliku kolo lozka odnalazlem wzrokiem szklanke z woda i przez chwile bylem najszczesliwszym czlowiekiem na swiecie. Kiedy stanalem juz na nogach, slowo daje, nie moglem dac kroku. Nie wiem ile kilometrow zrobilismy dzien wczesniej ale w nogach czulem jakies piecset (plus minus dwadziecsia)
Jakos dowloklem sie pod prysznic i wystartowalem self recovery process.

(Już doleciałem do Londynu i piszę z domu - są ogonki)
Jako, że ten dzień powyżej był powtórką z rozrywki nie ma sensu robić kopiuj wklej. Kilka luźnych uwag wkleje tylko ale zanim to zrobie kilka fotek, wułala.












Sklepy są zamknięte pomiędzy 15-tą a 17-tą. A jak są nawet otwarte to i tak jakby były zamknięte bo nie kupi się w nich piwa. Chyba że jest napisane (zapomniałem co ! chyba alimentacion...) I nie kupi się w nich fajek - tych to już w ogóle nigdzie oprócz specjalnych sklepów "Tobacco", których jest jak na lekarstwo i automatów w restauracjach.

Hiszpanie NIE MÓWIĄ po angielsku. Może nie potrafią a może nie chcą. Wyjątkiem są kelnerzy i profesjonalistki (wiadomo jakiej profesji ;). Nie było wyjścia- trzeba było sobie przyswoić kilka podstawowych zwrotów.

Zapowiedzi stacji w metrze recytowane są (to odpowiednie słowo) z podziałem na role.
Pan mówi - Proxima estacion:
Pani zalotnie czyta nazwę następnej stacji
Pan śpiewnie dodaje - Correspondencia con:
Pani ciepło informuje na jaką linię można się przesiąść.
Przy tym słychać, że oboje się dobrze bawią :)
A niech im będzie na zdrowie :)

W pubach najmniej hiszpanów za to całej reszty świata mnóstwo. Generalnie przyjaźni i otwarci. Może nawet aż za :)
I tak poznalismy meksykanów, brazylijczyków, belgów, anglików i amerykanów (tych już na ulicy) co do których miałem wątpliwości
Po chwili rozmowy któreś z nas zapytało skąd są (ci niby amerykanie).
- z Los Angeles, California
- Wiem gdzie jest LA
- oo to fajnie bla bla bla
- ej ale ty nie jestes z LA !
- czemu tak mowisz
- bo masz inny akcent !
- jestem !
- a znasz Jane's addiction (taki zespol z LA)
- nie
- no to nie jestes z LA na 100% !
- no dobra, jestem z Las Vegas ale on (pokazuje na kumpla) jest z LA i wszystkim mowimy ze jestesmy z LA
Według mnie nie byli nawet ze stanów ale niech ich tam będzie
Tym razem koleś zapytał:
- a wy skąd jesteście ?
- z Polski
I wtedy zobaczyłem na jego twarzy ekstremalne skupienie. Niestety w oczach nie pojawiło się nic, żaden błysk, żaden sygnał świadczący, że kiedykolwiek w przeszłości słyszał o takim kraju.
A może jednak był ze stanów...
A to fotka z imprezy:


A to fotka z pubu po zakończonej imprezie:



A to fotka na drugi dzień po imprezie:



W stanie zblazowania podobnym do powyższego zostałem zatrzymany przez policję. Szedłem sobie właśnie koło stadionu Realu Madryt, słuchając "The universal" - Blur kiedy podjechało dwóch panów cywilnym samochodem. Sprawdzili oryginalność moich pieniędzy, obwąchali portfel na wypadek posiadania zielska (nie posiadałem) po czym odjechali tłumacząc się, że Rumuni wypuszczają fałszywe pieniądze.
A co nas wasi Rumuni obchodzą ???

"Profesjonalistki" no normalnie do rany przyłóż ;). Nie, może Was rozczaruje, ale nie skorzystałem, ale wracając z pubu jedna odprowadziła mnie do połowy drogi (Elizabeth - taki pseudonim artystyczny) a druga od połowy drogi do hotelu (tej już nie pytałem o imię). Zawsze to przyjemniej spacerować w towarzystwie. Ba ! w towarzystwie, z którym można porozmawiać (obie znały angielski)

Już za dnia było wszędzie sporo ludzi ale to co zobaczyliśmy koło 22 przeszło ludzkie pojęcie.

 

Tam nie było dużo ludzi ale za to było ładnie

 

I dodam coś jeszcze. Towarzystwo, z którym udałem się na tą wycieczkę było normalnie strzałem w dziesiątkę. Za dnia dawali się prowadzić wszędzie jak baranki (ja muszę prowadzić w terenie - taka natura ;) za to wieczorem - dusza towarzystwa. Dzięki nim wybawiłem się na zapas :)
Mam nadzieję, że Maka doda coś na swoim blogu. Liczę zwłaszcza na historię jak to nasz zacny kolega Dawid zwiedzał madryt z pociągu :-D

A na koniec film i piosenka, która mi chodziła cały czas po głowie:)




Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

24 hour party people.

wtorek, 11 listopada 2008 22:23
Na początku chciałbym sprostować pewną rzecz.
Na razie nie chcę jeszcze wracać do Polski ALE jeśli udałoby się dostać pracę, która pozwoliłaby mi na pewnego rodzaju luksus (który poniekąd mam tutaj) to dlaczego nie :) Dodam, że wcale nie chodzi o pieniądze, samochód czy służbową komórę :)
I proszę Tuska w to nie wciągać bo to nie jego wina ;) Tusk jest sympatycznym człowiekim i nawet kiedyś zamieniłem z nim 2 słowa kiedy podpisywałem mu swoją książkę...albo to on mi podpisywał swoją (co za różnica ;)

I z kraju:
Właśnie wróciłem z Manchesteru. Poza pracą poniosła mnie tam chęć poznania (jak zwykle)
Jako, że czasu miałem niewiele postanowiłem skupić się na wytwórni płytowej Factory Records, która wypuściła sporo takich różnych ciekawych grajków. Factory Records mieściła się w legendarnym klubie Hacienda. Jeśli ktoś oglądał film "24 hour party people" to to właśnie o tym klubie, tej wytwórni i tych grajkach również.
Miałem adres ale ni chu nie mogłem znaleźć tego skąd inąd sporego budynku. Pojeździłem sobie po centrum i po starych dokach i nie znalazłem.
Po powrocie okazało się, że kilka lat temu przebudowano klub na apartamentowiec (o tej samej nazwie - dlaczego nie widziałem napisu ??) i tak się skończyła legenda.
Tylko że...Manchester mi się spodobał jak cholera...aż zachciało mi sie tam przeprowadzić :) (to też nie przez Tuska)
W czwartek jak dobrze pójdzie też się tam wybiorę. Tym razem do China Town.
A w sobotę...fruuu na corridę !! :D

I na koniec grajki z Haciendy:



 

Dwie uwagi. Nigdy nie widziałem perkusisty bez tej sprytnej czapeczki a wokalista tylko wygląda na niedorozwiniętego.


Z ostatniej chwili.
Bo kolega właśnie zapytał:
- Jak nazywa się twój blog ? KORNIKI Portowe ?
Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Panic!

czwartek, 06 listopada 2008 22:26
Dzisiaj nowego filmu nie będzie !
Choć muszę przyznać, że materiału mogłem nazbierać sporo.
Trafiła mi się na przykład wycieczka do Birmingham. Ale. Jako, że Birmingham po za The Smith (lalalala...panic on the streets of London, panic on the streets of BIRMINGHAM..lalalala) nie kojarzy mi się z niczym (być może właśnie okazuję się być ignorantem ale na prawdę nie kojarzy mi się z niczym). No więc... nie kojarzy mi się z niczym (ja wiem, podwójne zaprzeczenie) więc... kojarzy mi się z niczym (juz lepiej, choć jednak z czymś mi się kojarzy - z niczym (ale czy nic może być czymś ?)). O czym to ja chciałem ?? Zapomniałem.ech...i wlasnie dlatego nienawidze tego Birmingham !!
Nie, dobra, miejsce jest ok (chyba). Z odległości 6-ciu mil (wiem bo był znak !) wyglądało na okej i nic poza tym więc postanowiliśmy zwiedzić zamek w Warwick.
Warwick ślicznie angielskie ale niestety nie miałem aparatu. I jest tam też wielki zamek gdzie podobno straszy. Taaa straszy już od wejścia - cenami wstepu ! A po za tym nadal nie miałem aparatu.
Ruszyliśmy dalej bo w planach było pobliskie Stradford gdzie podobno urodził się bardzo słynny Szejk - Spir.
Czas się skurczył strasznie w tym momecie i jakimś cudem zamiast w Stradford znaleźliśmy się w Silverstone. Nic nie zobaczyliśmy bo nie wpuszczali a i tak było ciemno. Po za tym nie miałem aparatu.

Wczoraj przeglądałem sobie stronę takiej jednej firmy dla której zdecydowałbym sie wrócić do Polski. Nie bez wahania, o nie. Ale po przemyśleniu pewnie tak :)
I (kontynuuję..) zauważyłem ofertę pracy, która z grubsza mi pasowała i do której ja z grubsza pasowałem również.
W 3 sekundy zaktualizowłem angielskie CV i zabrałem się za tłumaczenie tego na polski. O w mordę jak mi to szło, jak po grudzie ! Pozapominałem nazwy kursów, które porobiłem przed wyjazdem ! Ciężko było mi nawet, sensownie przetłumaczyć nagłówki typu "other responsibilities" czy "IT skills" no ale jakoś poszło.
W sumie nic dziwnego, ponad 5 lat nie pisałem CV po polsku. Można pozapominać te formułki no nie ? No można, nie ?
No.
I poszły oba CV (takie wymagania) i niech się dzieje wola Boska. Jak nic z tego nie wyjdzie to posiedzę tu jeszcze trochę a jak wyjdzie to się szybko spakuję w La Gunę (akcent na "Ę") i tego tam farełel i gudbaj.
He he o nie nie nie. Nie byłoby tak prosto wyprowadzić się z mojego miasta nr 2. Choć to zawsze wyprowadzka do mojego miasta  nr 1...
A tera to ja idem nagrać zbychowi jeden popularny program komputerowy bo właśnie dzwonił, cobym nie zapomniał.
pa
Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  1 164 071  

I znowu mamy:

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Koń jaki jest każdy widzi...

Mam 37 lat - to całkiem nieżle jak na mój wiek
Mam kilka nałogów i cały czas szukam następnych ;)
Nie handluję komentarzami a już wogóle komciami (chyba, że za fajki)
Ale reklama, nie ma co...

Główny Urząd Statystyczny informuje:

Odwiedziny: 1164071
Wpisy
  • liczba: 354
  • komentarze: 3253
Bloog istnieje od: 4185 dni
Locations of visitors to this page