Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 346 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Powiększenie

poniedziałek, 27 listopada 2006 17:45
Sponsorem dzisiejszej notki jest "Blow Up" reż Michelangelo Antonioni
o filmie: Powiększenie

Wyobraźmy sobie sytuację kiedy zanurzamy głowę pod wodę i płyniemy...2 metry...10 metrów...15 metrów...brakuje powietrza wynurzamy się i oddech pełną piersią, 10 litrów powietrza na raz wchodzi nam do płuc. Znane uczucie prawda ? Co chcę przez to powiedzieć ? A no to że NIE MIAŁEM NETU przez 5 dni ! 5 całych dni płynąłem pod wodą ! Landlord zapomniał o jakimś zaległym rachunku i nas odcieli. 6-go dnia przychodzę w nocy do tzw domu a net tak sobie po prostu sam z siebie jest. Bez fanfar i werbli bez fleszy reporterów, a ja się poczułem jakbym zaczął oddychać. Trochę przesadzam jak zawsze ale na prawde wcześniej czułem się jak odcięty od świata. Tym bardziej mnie to dziwi, że nie jestem z tego pokolenia co zamiast pępowiny miało kabel USB. Pierwszy telefon komórkowy kupiłem dopiero w wieku 23 lat :). W tym momencie niektórzy (ci młodsi, ci co piszą "fajny blogasek wejdź na muj") wezmą mnie za kłamcę albo idiotę ale tak było :).
No dobra ale ja nie o uzależnieniu od netu chciałem dzisiaj napisać.

Tydzień minął. W pracy na przemian śpię i czytam książkę. Czasem trochę pojeżdżę. (Znowu przesadzam...). Ostatnio prowadziłem taksówkę. Takiego oryginalnego czarnego starego caba angielskiego. Wrażenie zaiste sympatyczne. Lepsze nawet niż podczas prowadzenia Jaguara czy Lexusa. Takie oryginalne. Nic jednak nie pobije jazdy Porsche 911. Zanim odprowadzę auto na parking muszę się trochę pokręcić. Nie jestem jakimś wielkim maniakiem motoryzacji ale to auto ma swój klimat. Podobnie jak Land Rover czy Range Rover - też nie odpuszczę żadnemu. Szkoda, że klienci nie zostawiają motocykli...
Ale ja też nie o tym...

Aparatu jeszcze nie kupiłem. Boje się, że z 20 funtami na koncie nie przejdę weryfikacji w banku - aparat chcę wziąć na raty. Niestety cały czas nie mogę dojść do siebie po zmianie pensji z tygodniowej na miesiączną.
Kupiłem za to książkę z wyprzedaży w bibliotece. Nówkę sztukę nie śmiganą - Photoshop Elements 4.0. Kupiłem ją bez płyty DVD i dlatego kosztowała tylko jednego funciaka. Książka traktuje o szeroko rozumianym retuszu. Czyli jak poprawić fotkę za pomocą komputera, żeby z knota zrobiło się cudo. I teraz mój dylemat tygodnia: Czy fotografia poprawiona, ulepszona, podbarwiona (lub wręcz przeciwnie) za pomocą komputera traci na wartości ? Chodzi mi o wartość w sensie sztuki. Czy cyfrowa ingerencja w kadr to oszustwo czy dalszy etap tworzenia ?
Zawsze wychodziłem z założenia, że prawdziwy fachura potrafi tak ująć obiekt aby potem nie istniała potrzeba korkekcji ani kadru ani koloru, kontrastu, balansu itd. Tym czasem podczas burzliwych dyskusji z Rafauem niezmiennie dochodzimy do wniosku, że aparat (zwłaszcza cyfrowy) nie dorówna oku. I co zrobić z tym fantem ? Zostawić tak jak jest czy skorygować to na swoją modłę ? Tak jak to widzimy lub tak jak chcielibyśmy to widzieć.
Moje robienie fotek to czyste hobby. Nie mam ambicji profesjonalnego fotografa czy nie daj Boże artysty ;) Jednak problem ciągle istnieje. Pokazując podrasowane fotki przyjaciołom, znajomym mam świadomość popełnianego minioszustwa.
Głupie nie ? Ale co zrobić....taka karma ;)

No to co...czekam teraz na wypłate (dopiero za 1,5 tygodnia) i z pełnym kontem ide postarać się o raty.
Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Talk

sobota, 18 listopada 2006 19:49
Sponsorem dzisiejszej notki jest Coldplay "Talk"

I znowu mam offa. To juz się nudne staje ;) Staram się nie brać całych trzech dni bo to jednak za dużo. Już nawet nie mam co zwiedzać w okolicy. Planuje jakieś tripy dalsze ale to jak przyjdą lepsze czasy a wraz z nimi gotówka. Znowu nachodzą mnie grzeszne myśli na temat aparatu. Kombinuje jakby tu sprzedać mój nie tak stary dobry FujiFilm S7000, stan jak nowy, 6 mln pix z interpolacją do 12 mln, zoom optyczny 6x,  tuleja ochronno redukcyjna +  filtr UV. Dorzucam pokrowiec i komplet akumulatorków. Wszystko to za jedyne 170 funtów. (Brzmi jak reklama ? Nieeeee ;)) Iiii...i kupić sobie w końcu lustrzankę w rodzaju Nikon D70 lub Canon 400D. 

...w tym miejscu nastąpiła dwudniowa przerwa...

Byłem, oglądałem, za 500 funtów można kupić Canona. W Jessops ciapaty powiedział, że jak wezmę na raty do 12 miesięcy to oprocentowanie roczne jest równe zeru a terminy spłat sam sobie wyznaczam byle zmieścić się w tym okresie. To chyba jakaś podpucha co ?

A co w pracy ?
Mieliśmy nalot panów starszych w garniturach. Riz (nasz lokalny manager) dwoił się i troił żeby wszystko ładnie wypadło. Panowie w garniturach byli jednak upierdliwi i przyczepili sie do kurzu na lampach. W końcu kiedy już sobie poszli Riz (Filipiny), żeby odreagować, przyczepił się do sprzątacza Danny'ego (Uganda), że źle sprząta. Danny twierdził, że nie może w niektórych miejscach sprzątać ponieważ nie ma do tego środków. Zostało to przez Riza (Filipiny) odebrane jako czysta niechęć do sprzątania w tych konkretnych miejscach. Jako, że Danny (Uganda) z natury jest wyluzowany a stres i sytuacje konfliktowe próbuje załagadzać uśmiechem (to wynika z ich kultury) im bardziej Riz (Filipiny) podnosił głos, tym bardziej Danny (Uganda) się uśmiechał mu w oczy. Na koniec dość długiej dyskusji Riz się wkurzył i powiedział że zgłosi swoim przełożonym, że Danny się z niego śmieje. Ot takie zderzenie kultur :).
W pracy również, zaszła pewna zmiana. Zamienili stanowiskami mnie i Roberta. Dzięki temu od kilku dni jeżdżę tylko między terminalami. Na terminalach jest nudno ponieważ trzeba troszkę poczekać na klientów. Krótko mówiąc w 4 dni łyknąłem "Kod Leonarda daVinci". Prawie 600 stron !! Teraz czytam Paragraf 22 (znowu bo już zapomniałem) i martwie się bo jest cieniuuutki oj cieniuuutki.

Ale mam kupić ten aparat czy nie ? :|


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

Viđrar Vel Til Loftárása

czwartek, 09 listopada 2006 22:57
Sponsorem dzisiejszej notki jest Sigur Rós "Viđrar vel til loftárása"
Kto nie słyszał jeszcze Sigur Rós - polecam - w ulubionych jest link do strony o SR. Tytuł znaczy mniej więcej: dobra pogoda na nalot.

Nadszedł pierwszy dzień nowego offa więc trzeba go spędzić pożytecznie czyli na zwiedzaniu.
Dziś postanowiłem wpaść na sekundę na półkulę wschodnią. Dla ignorantów: na tej półkuli leży między innymi Polska.
Kierunek więc wschód - Grynicz (jakże polska nazwa...aż szkoda, że pisze się Greenwich). Z naszego ciapatowa droga zajęła mi około 3,5 godziny autobusami (Jesuuu omal nie napisałem autobusami przez "ó" !) różnej maści. I tak: 427 z Hillingdon do Acton, 207 z Acton na Shepherd Bush, 94 z S.Bush na Oxford Circus, Piechotą na Picadilly Circus. Tam już zacząłem kręcić się w kółko bo żaden z autobusiarzy nie wiedział jakim autobusem dojadę do Greenwich. Na Picadilly wsiadlem w 435 dojechalem troche za Trafalgar Square i wysiadłem bo na przystanku zobaczyłem magiczną liczbę 53 ! A wcześniej na necie podejrzałem, że ten właśnie autobus jedzie tam gdzie chcę. Ugadałem się z drajwerem, że powie mi gdzie mam wysiąść i w drogę. po 40 minutach sam się domyśliłem gdzie wysiąść ale widzialem, że drajwer szukał mnie wzrokiem. Podszedłem i podziękowałem bo pamiętał skubany !.
W autobusie oczywiście nie obyło się bez freaków. Kilku czarnych śpiewaków do walkmana i jeden gość co się darł na drugiego bo mu przeszkadzało, że tamten przez komórkę gada a on chce mieć "peace" w "bloody bus".
Samo Greenwich bardzo ładne. Super widok ze wzgórza na City i Docklands . Połaziłem trochę po wzgórzu, poprzeskakiwałem z półkuli na półkule, trochę się powkurwiałem na japońców bo mi non stop w kadr włazili. Ot takie tam zwiedzanie. Później zszedłem nad Tamizę, zobaczyłem Royal Navy Museum i Cutty Sark w remoncie, zrobiłem fotkę_na_życzenie innym japońcom i zacząłem żmudny proces powrotu do tzw domu. Autobusów trochę mniej ale za to korki olbrzymie, po drodze obiad i zakupy w Ealing. W tzw domu byłem około 20 (nie, że byłem dwudziesty, tylko na zegarku była dwudziesta około).
A tak poza tym jutro dostałem wypłatę na konto (i to jest właśnie to na co zwróciła uwagę Emma. Wczoraj zacząłem notkę więc wypłate dostanę jutro, tylko, że jutro jest już dzisiaj a wypłatę dostałem. Proste no nie :) Podobnie jutro mimo offa poszedłem do pracy zrobic jakieś nadgodziny bo dzięki nadgodzinom wypłata ta ma ręce i nogi :)
Aha i dwa dni temu rzuciłem palenie

Fotki z Greenwich można zobaczyć tutaj
Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Uważaj

środa, 08 listopada 2006 3:03
Sponsorem dzisiejszej notki jest Cool Kids of Death "Uważaj"
Był już ten sponsor z tym kawałkiem ?

Kolejne dni w pracy mijają raczej bezboleśnie. Ostatnio nic nie zepsułem i mam nadzieję, że ta dziwna passa nie wróci. Zaskoczony jestem rozpiętością pojęcia "bizi". W poprzedniej firmie bizi było jak szedłem na 6 rano i kończyłem o 21 przy czym non stop pracowałem w pocie czoła (dosłownie). W obecnej pracy bizi jest wtedy kiedy pracuję (spokojnym tempem) powyżej 5 godzin z ustawowych 9-ciu. Przeważnie pracę rozpoczynam po godzinie (trzeba przecież wypić ustawową herbatę z ustawowym mlekiem) a kończę na 5 godzin przed faktycznym końcem pracy. Dodam że pracując na wieczorną zmianę (od 15-24) jeszcze mi się nie zdażyło wyjść o północy. Rekord pobiłem wczoraj kiedy puścili mnie o 22:30. Jako, że godziny mam i tak liczone do 24:00 doszło do pewnego rodzaju paradoksu kiedy siedziałem już w tzw domu a jeszcze pracowałem.
Dzisiaj pracowałem do 19:00, później już tylko spacerowałem z nudów oddając się kontemplacji. Niemal zgubna okazała się ta kontemplacja w połączeniu z chęcią zapalenia papierosa. Wziałem sobie na spacer fajka sztuk 1 (słownie: jeden) i nie mając go gdzie schować włożyłem za ucho. Później zatopiony w myślach (świadom tego, że fajek tkwi za uchem) chciałem sobie zapalić, zapominając przełozyć go do ust. Gdybym się nie opamiętał włosy poszłyby z dymem. Innym razem próbowałem zapalić papierosa...bez papierosa. Czyli zapalniczka jakies 7 cm od ust, zapalam, wciągam powietrze i wielkie nic ! Papieros jeszcze w drugiej ręce. No nie zdążyłem go włożyć do ust...zdarza się (no dobra raz kiedyś się zdarzyło). I na prawdę nie jestem jakiś jebnięty ani nawet roztargniony. Po prostu sytuacja tak sprzyja koncentracji, że zapomina się o Bożym świecie.

Dosyć o fajkach teraz o autobusach będzie:
Po raz pierwszy kazali mi jechać po klientów na terminale Heathrow. Najpierw pojechaliśmy we dwóch. Ja i kolega-polak Robert (też z Gdańska). Robert pracuje dużo dłużej niż ja więc wyjaśniał mi niuanse zawodu. Przy pierwszym kursie czułem się jak biała mysz w labiryncie. Kompleks terminali na Heathrow to jakby miasto w mieście i na dodatek z pięciopasmowymi ulicami. Na pierwszy rzut oka horror ! Jechaliśmy Sprinterem - takim dużym mercedesem, w tej wersji 9-osobowym. Później jednak dostałem coś co bliżej przypominało autobus. Wielka kolumbryna na 19 osób. Jako, że większość naszych kierowców nie ma prawa jazdy na autobusy, wcześniej wymontowano z niego 10 siedzeń :) Jak się okazuje angole też potrafią kombinować. Z resztą walić siedzenia - gabaryty pozostały te same. Jadąc miałem wrażenie, że zajmuję półtora pasa. Do tego musiałem jedną ręką obsługiwać krótkofalówkę. Jazda jak w jakiejś grze komputerowej. Tak sie wczułem, że po powrocie nadałem przez radio: "mission completed" - nie skumali :). Później już było fajnie tym bardziej, że czymś tak wielkim jeszcze nie jeździłem.

Dzisiejszy dzień również nie był pozbawiony wrażeń. Robert zaszalał mniejszym busem na szutrze tak skutecznie, że zintegrowaliśmy się z płotem, który nie pozostał obojętny i zmienił położenie geograficzne. Tym samym nastąpiła zmiana obszaru parkingu (in plus) kosztem wgnieconego zderzaka i połamanej tablicy rejestracyjnej (wiadomo na in co). Jeszcze nikt o niczym nie wie więc bilans pozostaje tajemnicą :)
Druga rzecz to notka jaką zauważyłem na rozpisce zmian. Mianowicie niejaki Andy C. lat około 40-tu zadzwonił dzisiaj rano do firmy i powiedział że nie przyjdzie do pracy bo: uwaga: ZA DŁUGO SPAŁ i boli go głowa !! To już było za wiele jak dla mnie. Normalnie płakałem i zwijałem się ze śmiechu. Jak już przejrzałem na oczy i zobaczyłem ich miny i spojrzenia to pomyślałem sobie, że jeszcze nigdy nie byłem tak blisko spotkania z egzorcystą...
Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

God Save the Queen

czwartek, 02 listopada 2006 14:14
Sponsorem dzisiejszej notki jest Sex Pistols "God save the Queen"*

*Chodzi o królówkę a nie o doktor Quinn.

W Windsorze byłem na wycieczce. Królowej miłościwie panującej (itd) nie widziałem ale była na zamku bo flagi powiewały. Słyszałem, ze to taki wyznacznik. A jeśli to bzdura (z tymi flagami) to też się nie załamię.

Notka bardzo krótka, ponieważ nic konkretnego mi się nie przydarzyło. No może poza tym, że zamówiłem na obiad zestaw nr 1 a dostałem jakiś nr 3 albo może nawet 5. W każdym razie był większy. Oczywiście w cenie mniejszego :)

A teraz drugi powód dla którego dokonałem tego wiekopomnego wpisu. W końcu sie zebrałem w sobie i założyłem galerię.  Sukcesywnie będę wrzucał tam fotki tego co zobaczyłem w tych miejscach w których byłem.
Na razie fotki właśnie z Windsoru oraz z Camden Town
Odnośnik do galerii znajduje się również po lewej stronie w "Ulubionych stronach"
I o tym chciałem poinformować.
Zapraszam
Porto się skończyło więc slainte mhath czymkolwiek :)


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  1 164 038  

I znowu mamy:

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Koń jaki jest każdy widzi...

Mam 37 lat - to całkiem nieżle jak na mój wiek
Mam kilka nałogów i cały czas szukam następnych ;)
Nie handluję komentarzami a już wogóle komciami (chyba, że za fajki)
Ale reklama, nie ma co...

Główny Urząd Statystyczny informuje:

Odwiedziny: 1164038
Wpisy
  • liczba: 354
  • komentarze: 3253
Bloog istnieje od: 4185 dni
Locations of visitors to this page