Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 350 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Eighty Eight

środa, 31 stycznia 2007 20:32
Sponsorem dzisiejszej notki jest Amusement Parks On Fire "Eighty eight"
Link do klipu: http://www.youtube.com/watch?v=Z0CBZJWZKY8

Wróciłem, jestem. Cały ale niekoniecznie zdrowy. Na prawdę nie spodziewałem się na jak różne sposoby, banalna z pozoru, podróż może zostać zakłócona.
Cofnijmy się jednak do dnia 25-go stycznia. Tego dnia noc była wyjątkowo ciemna i mroźna (bullshit ale brzmi dramatycznie). Zacinający deszcz posępnie bębnił w parapet niewielkiego pokoju na piętrze podlondyńskiego Albanian House. Po chwili zaskrzypiały ciężkie plastikowe drzwi i z cienia korytarza wyłoniła się opatulona po zęby postać. Była pierwsza w nocy...
Powlokłem się na przystanek a następnie wsiadłem w nocny, który jak zwykle był punktualnie. Usiadłem na siedzeniu (bo niby gdzie miałem usiąść ?) Zwinąłem się jak na przeziębionego przystało i mentalnie zacząłem przygotowywać się do godzinnej podróży przez nocne przedmieścia. No i jak się już przygotowałem to znalazł się jakiś za przeproszeniem (Was nie jego) JEBAK, który podróż tą mi zakłócił. Właściwie było ich dwóch. Lat około 20 moze mniej. Czarny i ciapaty (a jakżeby inaczej). Czarny próbował uspokajać beżowego z mizernym jednak skutkiem. Nie reagowałem dopóki wszystko działo się na dystans. W pewnym momencie zostaliśmy w autobusie tylko we trzech plus kierowca. No i zaczęło sie robić niebezpiecznie. Ciapaty podszedł a ja siłą woli próbowałem tak poskładać ręce i nogi żeby się zmienić w robota ze śmiercionośnym laserem. No i kurna nie wyszło ! A potem jak w filmie. Staneliśmy na przeciwko siebie i w tym momencie wpadła do autobusu policja i zgarneła pajaców. Kierowca w porę wezwał patrol przez radio. Jak zwykle uprzejmie zapytali czy wszystko OK powlekli obu do radiowozu a my pojechaliśmy dalej. I w życiu nie zgadlibyście co ciapaty ode mnie chciał ! Mianowicie zarzucił mi, że jestem rasistą. Tak ni z gruchy ni z pietruchy. Oczywiście jego oskarżenia były bezpodstawne ale z żalem musze stwierdzić że następnym razem chyba nie zaprzeczę. Może rasizm to za dużo powiedziane ale zaczynam mieć na nich alergię.

Na lotnisko dotarłem juz bez większych przygód. Pani przy odprawie powiedziała, że mój bagaż jest delikatny i powinienem oddać go z drugiej strony stanowisk. Powlokłem się więc na drugą stronę i stanąłem w kolejce. Po półgodzinie czekania rozejrzałem się wokoło i jakieś 10 metrów za swoimi plecami zauważyłem wielki transparent "Fragile baggage" i zero ludzi przy "okienku". Ech...bez komentarza.

No i sam lot. Do momentu podejścia do lądowania było ok. Podejrzenia moje wzbudził fakt że zamiast lądować wchodzimy wyżej. Zaraz potem pilot obwieścił, że na skutek złych warunków pogodowych (akurat !) nie dostaliśmy pozwolenia na lądowanie i musimy latać dookoła Gdańska aż się przejaśni (taa pewnie aż uda mu się wypuścić zablokowane podwozie !) No i tak lataliśmy godzinę wkoło w dół i w górę (jakby czekając na zebranie jednostek ratowniczych). W pewnym momencie pilot zadzwonił do stewarda. Coś sobie poszeptali przez telefon i steward (jakby zestresowany ?) ruszył na drugi koniec samolotu powiadomić stewardessy. Nie jest dopsz, myślę. Jak nie problemy z podwoziem to pewnie mamy jakieś węże na pokładzie ! Chwilę potem Pilot zakomunikował, że udajemy się na inne lotnisko. Ucieszyło mnie to bo jednak jest szansa na lądowanie ale zaraz potem zrodziła się inna myśl. "Pewnie lecimy tam dlatego bo mają lepszy sprzęt ratowniczy !"
Po jakichś dwudziestu minutach wylądowaliśmy. O tam:




Następnie zapakowano nas w autokary i niczym jedna wielka rodzina ruszliśmy w stronę Gdańska.




Później już tylko taksa z Rębiechowa i byłem w domu.
W noc poprzedzającą lądowanie na lotnisku w Rębiechowie ogłoszono alarm bombowy. Na szczęście alarm okazał się fałszywy. Miałem chyba dobre przeczucie, że to nie pogoda była przyczyną zmiany planu lotu.

Powrót na szczęście odbył się już bez komplikacji. Jak zwykle żal było wyjeżdżać. Trochę pomógł fakt, że Gdańsk o tej porze roku jest zimowy i smutny.
Tutaj chyba zaczęła się wiosna.
Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Just Like Heaven

wtorek, 23 stycznia 2007 16:17
Sponsorem dzisiejszej notki jest The Cure "Just Like Heaven"
Klip:http://www.youtube.com/watch?v=3dt2Y5ESrZ0&mode=related&search=
Genialny kawałek !

Zastanawiam się stale nad odpornością muzyczną ciapatych. Nie istnieje dla nich żadna inna muzyka poza ich własną. Chociaż z drugiej strony, kiedy zapytałem Rahmata o jednego z bardziej znanych pakistańskich wykonawców (142 (albo coś koło tego) płyt w dorobku !) to nie miał pojęcia o kim mówię. Oni chyba masowo słuchają wszystkiego  jak leci, byle by sitar brzdąkał. Jeśli muzyka ma pecha pochodzić z Indii to już niestety słów nie rozumieją. Na pewno jednak kawałek opiewa piękno przyrody lub szczęście człowieka (wiadomo tylko, że jest szczęśliwy - powodów nie znamy bo przecież kawałek jest po ichniemu). Te bardziej ambitne mogą być nawet o miłości lub o ponadziemskiej przyjaźni opalonego Imrana ze słoniem . Coś w tych kawałkach jest (jakiś trans chyba) chociaż w większości to zawodzenie przypomina mi odgłosy generatora dźwięku, który kiedyś zrobiliśmy na fizyce w LO.
Tak czy inaczej podjąłem się misji oświecenia mojego brodatego (co kilka dni) współpracownika Rahmata. Zdradził mi kiedyś, że lubi "Law Songs" zrobiłem wielkie oczy ale po naniesieniu niezbędnych poprawek na jego akcent wyszło "Love Songs" - i o to chodziło. Pod przykrywką Kate Melua przemyciłem The Cure - Just Like Heaven ! Spodobało się ! Wgrał sobie kawałek do komórki. Do tej pory z obcej muzyki miał tylko Jamesa Blunta, którego pomimo szczerych chęci nie udało mi się i pewnie się nie uda wybić mu ze łba.

Nie tylko w muzyce są uparci lub jak kto woli konsekwentni. Stoi sobie u nas w firmowej kuchni mikrofalówka. Prosta rzecz, dwa pokrętła. Jedno wyżej - moc, drugie niżej - czas. Moc caly czas ustawiona jest na HIGH. Ale nie ! To nie wystarczy. Za każdym razem po włożeniu kubeczka z mlekiem (grzeją mleko do herbaty) pokrętło czasu buch na maxa - 140 minut ! Po 30 sekundach wyłączają mikrofale - mleko gotowe.
Tłumacze któryś już raz.
- Po kiego nastawiasz na 140 minut i stoisz z zegarkiem w ręku ? Nastaw sobie na 30 sekund i jak zadzwoni to wyjmij !
- Ale moc musi być na maxa !
- Moc masz w pokrętle wyżej ! Tym tutaj ustawiasz tylko czas !!!
- Ahaaa, no tak !!
Od trzech miesięcy tak im tłumacze. Wszystkim już chyba to powiedziałem. Nie zmienia to faktu, że za każdym razem jak wchodzę do kuchni pokrętło czasu jest ustawione na 140 minut...

Kolege mam w pracy. Taki zwykły kolega z pracy. Somalijczyk - Abdnazir czy jakoś tak. Szwęda się po firmie i jak tylko mnie zobaczy (kilkanaście razy dziennie), naśladując Godzillę(??) strasznym w jego mniemaniu głosem pyta: WHO'S THAT MAN ?!?! Nigdy nie było to zabawne ale od pewnego czasu działa mi to na nerwy. W końcu delikatnie zapytałem czy czuje się dobrze bo od kilku miesięcy powtarza to samo a mnie to już drażnić zaczyna. Zbastował, powiedział sorry i poszedł do kuchni. Wychodząc z jadalni słyszałem dochodzący z kuchni głos Godzilli: "I FEEL GOOD, I FEEL GOOD"

Miałem jeszcze napisać jak woziłem klientów 3 razy dookoła Heathrow i przez co o mało mnie nie zlinczowali, oraz jak od Kanadyjczyka i jego przyjaciela Naprutego Worka dostałem 10 funtów napiwku ale nie mam już sił bo....? No kto zgadnie ? :)
ZACHOROWAŁEM na jakaś fuckin GRYPĘ :(
I TO NA DZIEŃ PRZED WYLOTEM !!
W PL zamiast na imprezę pewnie pójdę do Lewandowskiej*

*to moja lekarka pierwszego kontaktu - chyba od urodzenia ta sama (mojego urodzenia, nie jej). Prawie więc jesteśmy po imieniu a raczej po nazwisku. W każdym razie u mnie w domu nikt nie chodzi do lekarza tylko wszyscy chodzą do Lewandowskiej.

Tak mi się przypomniało jeszcze !! Kiedyś nie było Lewandowskiej a musiałem iść do lekarza.
Wchodzę do gabinetu a tam za biurkiem moja "koleżanka" z przedszkola !!! Musiałem sie oczywiście rozebrać (Bogu dzięki, że tylko do pasa) !! Osz kurna ale to trudne było ;) I pomyśleć, że kiedyś leżakowaliśmy w jednej sali ;)

To to by było w sumie na tyle. Jutro lecę. Wracam 31-go.
Przywieźć coś komuś ?
Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Zionist Timing

sobota, 13 stycznia 2007 0:00
Sponsorem dzisiejszej notki jest Aerogramme "Zionist Timing"
Klip: http://www.youtube.com/watch?v=7Un7xSSsrLA

Trening
Drugi raz w ciągu 3 miesięcy pracy miałem trening. Ewenement na Polską skalę. Był to tzw Personal Training i dotyczył ogólnie rzecz biorąc obcowania z klientami. Podczas szkolenia poruszane były takie tematy jak: mowa ciała, psychologiczne podejście do klienta oraz jak nie dać się wymanewrować przez idiotów i utrzymywać sytuację pod kontrolą. Ludzie ! Toż ja teraz zwykłym kierowcą jestem a oni mnie jakichś mediacji uczą !  A tak serio to nawet nie zdawałem sobie sprawy jak ten trening może być pomocny w pracy. Zarówno w sytuacjach konfliktowych jak i napiwkowych. I nie ma, że "klient nasz pan" ! Klient ma tak tylko myśleć ;)
Nie, no było naprawde interesująco. Miałem tylko kłopot z przypomnieniem sobie co znaczy "hassle" ! Jak się później okazało słowko to znaczy "kłopot".
Znowu jakieś certyfikaty mamy dostać.
Powoli zbiera mi się tej urzędowej makulatury.


Ranne telefony
W pracy ocipieli. Dzwonią jak tylko się dowiedzą, że mam offa. To nic, że wyszedłem z pracy przed północą, może chciałbym przyjść następnego dnia na ranną zmianę ? Przysięgam ! W końcu poleje się krew ;)

Windsor again
Jakoś nam z Grzesiem off wypadł w ten sam dzień. Pojechaliśmy więc do Slough, a że z tamtąd było już blisko zahaczyliśmy o Windsor. Naprawdę super miejsce. Grzesiowi też się chyba podobało.
Bylismy też w irlandzkim pubie gdzie strzeliliśmy sobie pamiątkową fotę. Nie jestem jednak pewnien czy Grzesiu życzy sobie, żebym upublicznił jego twarz dlatego zamiast z Grzesiem posiedze sobie z Bonem.



Kurtka
Od kilku tygodni próbowałem kupić sobię kurtkę. W Uxbridge odkryliśmy sklep z markowymi ciuchami przecenionymi o połowę i upatrzyłem sobie taką jedną. Niestety nie było mojego rozmiaru. Zrobiłem sobie więc tajny spis wszystkich sklepów tej sieci w Zachodnim Londynie i rozpocząłem proces eliminacji.  Na pierwszy ogień poszło Harrow (baaardzo daleko). Kilka dni poźniej Tajną Listę schowałem w pasku i wyruszyłem śladami mojej Columbii. Świtem niemal (tak koło 10:00)  wyjechałem z tzw domuAy ay sir ! Kierunek południowy-wschód - Hounslow ! Następnie Hammersmith, Shepherd's Bush, Acton i na końcu Ealing. Jak nie trudno się domyśleć (albo domyślić - wybierzcie sobie) nigdzie nie było mojej kurtki. Właściwie to była ale albo nie ten rozmiar albo polar wszysty na stałe. Zauważyłem, że w każdym ze sklepów był osobny dział "Clearance" gdzie wisiały ostatnie sztuki. Zastanawiałem się dlaczego nie było tego w Uxbridge. Nie zdążyłem do ostatniego sklepu w Slough (już poza granicami Londynu). Cała wyprawa zajęła mi około ośmiu godzin. Efekt - wiadomo.
Następnego dnia postanowiłem rozwiązać tajemnicę braku Clearance'u w Uxbridge. Uzbrojony po zęby (bzdura, nie byłem uzbrojony ale fajnie brzmi :) po pracy pojechałem do sklepu. W jakimś ciemnym zakątku znalazłem w końcu brakujący element. Skromny wieszaczek, 3 kurtki na krzyż. Pomiędzy ciuchami znajomy kolorek. Serce zabiło szybciej. Tylko bez paniki ! Sprawdziłem metkę - mój rozmiar ! Polar - odpinany ! Przymierzyłem - pasuje. No kurna teraz jak zdejme to mi zabiorą ! Jakoś zdołałem się przebrać chociaż przypominało to zdejmowanie majtek przez głowę. Zwinąłem zdobycz w kulę i jak z piłką do rugby wystartowałem do kas.  Na schodach udało mi się zgubić pościg. Dobiegłem do kasy, przyłożenieeee iiii...jest moja !!
Co ciekawe kurtka ze 120 funtów przeceniona była na 70 a po osiągnięciu statusu "clearance" cena spadła do 39 funtów :) No byłem wniebowzięty !
Z tej radochy w drodze powrotnej kupiłem sobie jeszcze parfjum Burberry :)


Wylot
Dogadałem się w końcu  z Rizem (manager) w sprawie urlopu i kupiłem bilet do Polski (powrotny również). Gdybym dogadał się przed weekendem, bilet byłby tańszy o 20 funtów. Trudno. Już nie będę kombinował i znowu zmieniał terminów. 25 stycznia lecę !
I bardzo się z tego cieszę :)

Z ostatniej chwili:
Z okazji przekroczenia w dniu dzisiejszym liczby 10 tysięcy odwiedzin na moim blogu telewizja BBC uroczyście wyemituje film Kroniki Portowe (Shipping News)
Film można obejrzeć dziś (sobota 13.01) na kanale BBC2 o 21:10 GMT.
Wielkie dzięki Mark, naprawdę nie spodziewałem się ;)
Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

Filandia

czwartek, 11 stycznia 2007 0:00

Sponsorem notki są Świetliki "Filandia"

Jeśli ktoś jeszcze tego nie zna to bardzo proszę: http://www.youtube.com/watch?v=cSFfQu69gWU
Dzisiaj polecimy nostalgicznie. I raz i dwa i trzy iiii..!


 

 

Nigdy nie będzie takiego lata - tak, to prawda
Nigdy nie będzie takiego lata - true, true
Nigdy policja nie będzie taka uprzejma - ani tak stanowcza i zdecydowana
Nigdy straż pożarna nie będzie tak szybka i sprawna - widziałem w nocy jak po akcji jedli kolacje siedząc rzędem na krawężniku
Nigdy nie będzie takiego lata - czekiraut

Nigdy papieros nie będzie tak smaczny - zwłaszcza gdy paczka kosztuje 30 zł
A wódka taka zimna i pożywna - wódki nie tknąłem od prawie roku jednak można to odnieść do whisky
Nigdy nie będzie tak ślicznych dziewcząt - zwłaszcza beżowych i czarnych
Nigdy nie będzie tak pysznych ciastek - francuskie pączki na stacji BP były mistycznym przeżyciem. Wchłonąłem je z mlekiem, o którym będzie niżej.
Reprezentacja naszego kraju nie będzie miała takich wyników - mam nadzieję, że już nigdy nie będzie miała takich wyników jak podczas mistrzostw tego lata
Już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, - o mało nie rozpłakałem się jak kupiłem u ciapatego podwawelską - takiej coca coli - cola jest importowana z Polski !
Takiej musztardy i takiego mleka - do podwawelskiej kupiłem musztardę i bułki hamburgerowe. Tu właśnie jest to mleko z "wyżej"
Nigdy nie będzie takiego lata - yhy, yhy
Nigdy nie będzie takiego lata - yeeah

Słońce nie będzie nigdy już tak cudnie wschodzić i zachodzić  - wschody i zachody słońca nad Heathrow nadal mnie powalają !
Księżyc nie będzie tak pięknie wisiał - wielki jak arbuz, również nad Heathrow
Nigdy nie będzie takiej telewizji - telewizji tego lata w ogóle nie było. Telewizora dorobiliśmy się przed chwilą.
Takich kolorowych gazet - kilka szmatławców z Polski czytanych na okrągło.
Nigdy nie będziesz dla mnie miła taka - czyżbym czegoś nie pamiętał ;)
Nigdy ksiądz nie będzie mówił tak mądrych kazań - nie ksiądz tylko pastor, nie kazanie tylko homily.
Nigdy organista tak pięknie nie zagra - organista tego lata miał offa

Nigdy Bóg nie będzie tak blisko - już wiem gdzie jest polski kościół. Może by z raz jeden pójść...?
Tak czuły i dobry jak teraz - hmmm...


Nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza - już chyba na szczęście mamy to za sobą
Nigdy nie będzie takiego lata - z pewnością...


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

New Year's Day

wtorek, 02 stycznia 2007 20:13

Sponsorem dzisiejszej notki jest U2 "New year's day"
Link do klipu: http://www.youtube.com/watch?v=CQaFue_KvoQ
Jest to chyba pierwsza notka sponsorowana przez U2. Sam nie wiem dlaczego dopiero teraz. Jest to zespół którego słucham od kiedy tylko zacząłem nabierać świadomości muzycznej. Okazja aż sama się prosi o ten tytuł więc jest.
Uwaga: notka jest długa i występują opisy przyrody !

 

A zaczęło się oczywiście dzień wcześniej.
Sylwester nie zapowiadał się zbyt ciekawie. Jakiś tam wstępny plan był ale zero konkretów. Wszystko zależało od mojego "ustawienia" w pracy.
Wyruszyłem po 14-tej. Podjechał autobus, za kierownicą dwumetrowy murzyn. Spojrzałem na niego (z respektem spojrzałem). On wyszczerzył białe zębiska w uśmiechu i coś powiedział głębokim basem. Miałem w uszach słuchawki a za mną stała kolejka pasażerów więc oduśmiechnąłem się tylko i polazłem wgłąb autobusu. W czasie jazdy widziałem, że coś jest nie tak. Mr.Ecko (ogłądacie Lost ?) co chwila wychylał się ze swojej kanciapy i żywo gestykulował. Wyjąłem z uszu słuchawki. Murzyn opowiadał najpierw o swoim życiu a później wygłaszał peany na temat dzisiejszego wspaniałego dnia. Na przystankach otwierał tylko pierwsze drzwi prosząc głośno, żeby pasażerowie wysiadali właśnie nimi. Każdemu wysiadającemu (naprawdę każdemu !) życzył wesołym okrzykiem HAPPY NEW YEAR ! Ale freak ! Ludzie bali się wysiadać :). W końcu przyszła pora i na mnie. Z obawą podszedłem do drzwi. Ceremonialnie zostałem ogłuszony radosnym okrzykiem i puszczony wolno.

W pracy podkręciłem obroty i sam zrobiłem wszystko co mieliśmy zrobić we trzech. Dzięki temu wyszedłem o godzinie 20:00 zamiast o północy.

Po powrocie do tzw domu zrobiliśmy z Grzesiem 2 litrowego drinka (whisky z colą). Spakowaliśmy do plecaczka i po 21 ruszyliśmy do centrum. Kierunek Big Ben.
Trafiliśmy na jakiś polski autobus. Jakżeby inaczej. Wśród swojskich klimatów, popijając megadrinka dotarliśmy do Acton. Tam chytrze zmieniliśmy autobus na 207 który zawiózł nas na miejsce następnej przesiadki - Shepherd's Bush.
Nieoczekiwanie podszedł do nas ciapaty. Starszy pan, trzeźwy i nienagannie ubrany. Poprosił o papierosa i zapytał czy jesteśmy Polakami. Nie trudno było zgadnąć. Tam byli SAMI Polacy. Już miał odchodzić kiedy pod wpływem chwili pożyczyłem mu szczęśliwego Nowego Roku. Chyba się wzruszył bo objął nas serdecznie po kolei. Byliśmy jedynymi trzeźwymi na tym przystanku i chyba to go ujęło. Myślę, że poczuł nawet pewną więź ;)
W następnym busie (148) spotkaliśmy młodego murzynka, który jak twierdził jechał uprawiać clubbing. Na następnym przystanku wsiadła (na oko 17-to letnia) murzynka. Myślałem, że się znają, tak serdecznie rozmawiali. Nie, nie znali się wcześniej. Murzyn najwyraźniej robił rozgrzewkę. Wysiadając również pożyczyliśmy sobie najlepszego, zrobiliśmy "żółwika" i wysiedliśmy na Marble Arch.
Tam też zmieniliśmy środek komunikacji na metro. Popijając gigadrinka i podziwiając urodę dziewcząt z całego świata dotarliśmy do Bond Street gdzie przesiedliśmy się na inną linie jadącą na Picadilly Circus. Stacja Picadilly była zamknięta i wysiedliśmy już na drugim brzegu Tamizy. Stacja Waterloo. W tym właśnie momencie wybiła 23:40. No dobra 23:40 nie wybija ale bylo coś około tego. Po wyjściu z metra tłum poniósł nas (nie przesadzam) w stronę mostu Westminster - celu naszej podróży. W każdym razie myśleliśmy, że płyniemy w stronę Westminster. Okazało się, że nas zniosło i wylądowaliśmy w okolicach mostu Waterloo i to nie na moście a pod nim. Na szczęście nie w wodzie ale na promenadzie.
Widok na London Eye (numero uno całej imprezy) był w każdym razie nie najgorszy a zza mostu wystawał nawet kawałek Big Bena.
Zaczęło się punktualnie o północy - ech jakie to banalne. Typowe angielskie przywiązanie do symboli.

Nawet nie będę próbował tego opisać. Jakaś namiastka tego co się tam działo znajduje się TUTAJ

 

Po zakończeniu fajerwerków masa ruszyła w stronę mostu Westminster ale Policja zablokowała przejście i przepuszczała ludzi tylko w jedną stronę. Oczywiście w przeciwną. Po dopełnieniu niezbędnych formalności (zdjęcie poniżej) ruszyliśmy na północ.

 

"Szczały na moście"


Mostem Millenium przedostaliśmy się na drugi brzeg Tamizy i właściwie niewiadomo kiedy znaleźliśmy się w Chińskiej Dzielnicy na Soho. Hiper drink skończył się już jakiś czas temu ale nauczeni doświadczeniem mieliśmy jeszcze 200 ml czystej żywej whisky. Wydzielając sobię żelazne racje tego płynu, wiedzeni pierwotnym instynktem znaleźliśmy bar gdzie w menu widoczne było magiczne słowo "PITA". Drogą kupna nabyliśmy "cośtam pita cośtam" sztuk dwie i nałożyliśmy sobie dość sporo sałatek. Wyszliśmy na zewnątrz, staneliśmy obok sexshopu i rozpoczeliśmy nierówną walkę człowieka z przyrodą. Kapusta wiła się jak opętana, w malutkie pomidorki ciężko było trafić a na dodatek jakiś dowcipniś powtykał w oliwki pestki. Plastikowy widelczyk giął się i łamał powoli przełamując słabnący opór. W końcu doszliśmy do kotlecików. I jakież było nasze zdziwienie kiedy okazało się że kotleciki zrobione są również z przyrody :( Dopiero teraz zauważyliśmy nad barem neon "Vegetarian". Serio, dopiero teraz ! Do tej pory byliśmy pewni, że zasuwamy tureckiego kebaba.

Oszukani i zdradzeni powlekliśmy się w stronę Picadilly Circus.

Po drodze w tłumie mijaliśmy dwa bezpańskie motocykle pomalowane na policyjno (eee przypadek) Jeden z nich mruczał cichutko. Kiedy przechodziłem obok nie mogłem się powstrzymać i odkręciłem manetkę (przysięgam tylko troszkę !) Uchhh co za dźwięk ! Przypomniały mi się stare czasy. Na ziemię szybciutko sprowadził mnie karcący krzyk właściciela :| Po tym publicznym napiętnowaniu ustawiliśmy się w kolejce do metra, która miała raczej charakter procesji na Boże Ciało.

Nudno jednak nie było. O rozrywkę postarali się pilnujący porządku policjanci. Wspólnie z tłumem żartowali, wymieniali się czapkami, szalikami i inną garderobą. Chętnie pozowali do zdjęć strojąc przy tym głupie miny. W błysku fleszy doszło nawet do pozowanych symulacji aresztowań. Próbowaliśmy z Grzesiem porównać ich do naszej władzy ale po krótkiej analizie wyszło nam jakieś chuj_wie_co z rogiem na czole i odleciało przez okno.

Po jakimś czasie (nadal w kolejce do metra) postanowiliśmy podjąć drastyczne kroki i podjeliśmy...w stronę Oxford Circus. Tam już bylo zupełnie luźno. Zeszliśmy pod ziemię wsiedliśmy w metro i pojechaliśmy na Bakerloo. Przesiadka na linię do Uxbridge i byliśmy prawie na miejscu. Prawie ponieważ od stacji metra mamy jeszcze niezłą scieżkę do tzw domu. Na ostatniej prostej złapał nas deszcz i do towarzystwa grad. Z lekka przemoczeni około 4 nad ranem dotarliśmy na miejsce. Po kilkunastu minutach spaliśmy już snem sprawiedliwych. Nie zapominając jednak o upokorzeniach doznanych w podstępnym barze.


Dwa punkty które mi się przypomniały dopiero teraz


1. Metro przez całą noc było za darmo. Ewenementem było że wogóle było, bo w Londynie metra w nocy nie ma. Tzn może i jest ale nikt tego nie wie bo zamykają przed północą i nie ma jak sprawdzić.


2. Przed samym wyjazdem umówiliśmy się ze znajomymi na moście Westminster. Do dzisiaj ich nie odnaleźliśmy.


Jedna prośba


1. Na codzień jako przeglądarki używam Firefoxa. Coś jednak się nie mogłem zalogować i uruchomiłem Internet Explorera. Pod koniec notki IE se zrobił tea break i zeżarł mi pół wpisu !! Proszę Was nie używajcie tego shitu. Dla własnego zdrowia psychicznego.


I podsumowanie


Było super. Pewnie dlatego. że inaczej niż zwykle. Pełen spontan tak jak lubię :)

Może będą robić coś na Trzech Króli to też sobie pojedziemy ;)


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  1 164 106  

I znowu mamy:

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Koń jaki jest każdy widzi...

Mam 37 lat - to całkiem nieżle jak na mój wiek
Mam kilka nałogów i cały czas szukam następnych ;)
Nie handluję komentarzami a już wogóle komciami (chyba, że za fajki)
Ale reklama, nie ma co...

Główny Urząd Statystyczny informuje:

Odwiedziny: 1164106
Wpisy
  • liczba: 354
  • komentarze: 3253
Bloog istnieje od: 4185 dni
Locations of visitors to this page