Kroniki Portowe

Londyn

Brecon Beacons

 

Czas przyszedł na Walię i Brecon Beacons. Czasem przychodzi czas i wtedy nie wiadomo po co i do kogo ale jak juz sobie pójdzie to wszystko jasne. Nasz był oczekiwany w sumie. Mieliśmy początkowo jechać na car boot w Denham. Dla niezamieszkujących wyjaśniam iż "car boot" znaczy bagażnik samochodu i jest nazwą potoczną naszego potocznego pchlego targu. Ot taka sobotnio-niedzielna tradycja.
W sobote miało niestety padać w Lądku a co dziwne nie miało padać w Walii. Kierunek więc Waterfalls Country.
Trasa ułożona już dawno czekała tylko na realizację.
Rachu ciachu i przed jedenastą zameldowaliśmy się w punkcie informacyjnym w wiosce o nazwie niemożliwej do wymówienia. W sumie możliwej do wymówienia ale z zapamiętaniem już gorzej. Dla chętnych sprawdzę.

Na trasie chyba z 10 wodospadów a co za tym idzie autoszkolenie w zakresie fotografowania wodospadów - no bo jak inaczej ;)

Wrócę do samej trasy na moment. To jest to czego brakuje mi z Polski. Las z prawdziwego zdarzenia.

Nie wymagam Borów Tucholskich ale te tu kępy drzew to jakaś popierdółka a nie las - parafrazując klasyka. W Waterfall Country było miło. Ścieżka, strumyk (płynie z wolna, rozsiewa zioła maj). E tam strumyk... ! Rzeczysko wielkie i rwące a po drodze wodospady !

Ja wiem że fotografie wodospadów z rozmytym strumieniem wody to fotograficzne cliché ale zawsze chciałem to zrobić, po to tam pojechaliśmy i jakby nie było czegoś się nauczyłem.

 

Wodospad numer jeden o walijskiej nazwie z mnóstwem bb, ww i ff:

 

 

Wodospad nr2 o walijskiej nazwie z mnóstwem przeróżnych spółgłosek i może jednej samogłosce:

 

 

Inne ujęcie tego trudnego w wymowie wodospadu:

 

 

Obok powyższego wodospadu:

 

 

Wodospady chwilowo się skończyły i poszliśmy szosą - taki skrót

 

 

 

Te powyższe to widok na dalszą część Brecon Beacons, które jest jednak spore.

A poniższe zdjęcie po prostu mi się spodobało wiec też wkleje. Spodobały mi się zwłaszcza słupy telefoniczne :)

 

 

Wycieczka do udanych wędruje. Namiastka polskich gór. Takie troche podobne do naszych Bieszczad(ów)
17 kilometrów i 100 metrów w górę i w dół w nogach. Raczej łagodne podejścia choć bywało, że trawersowaliśmy po skałach a raz nawet ześlizgnąłem się ze skarpy. Jakiś metr ;) Nie ma tragedii.
Popełniliśmy też kilka błędów nawigacyjnych wybierając "dziwne" skróty a raz nas zmylił drogowskaz wskazując jakieś kosmiczne szlaki, których nie było. W każdym razie niech żyją mapy i GPS Garmin eTrex 20 - reklama celowa bo nam zaoszczędził trochę kilometrów.

I najlepsze. Ponad 17 kilometrów, 8 godzin marszu nieustannie w dół i w górę na około 200 ml wody! Bear Grylls by padł ! Gwarantuję :) Po drodzę żułem gumę, żeby produkować ślinę.
Liczyłem na jakieś sklepy po drodze. Och jaki byłem naiwny ;) W polskich górach to bym się napił ze strumienia ale tutaj to chu_ wie co oni tam dodają ;)

Na dole już w wiosce wszedłem chwiejnym krokiem do pubu. Chwilę poczekałem bo barman był zajęty.
W końcu zapytał co podać

- jedno piwo poproszę

Zmierzył mnie wzrokiem. Popatrzył na moje spierzchnięte usta i dodał

- chyba Ci się należy...